rageman.pl
Muzyka

Radiohead – Radiohead For Haiti

rok wydania: 2010

wydawca: DIY

pobierz dvd

 

OK, odsapnijmy na chwilę od Fat Tony’ego i rapu w ogóle. Czas znów pomówić o wykonawcy, którego znam nie tylko ja.

Przyznam, że do tego wydawnictwa mam ambiwalentny stosunek. Oczywiście z urzędu należą się propsy za samą ideę własnoręcznego skręcenia przez fanów takiej video koncertówki. Niemniej trudno nie zauważyć, że wygląda to tym razem znacznie słabiej niż na wydanym parę miesięcy wcześniej koncercie z Pragi. Do podobnie stworzonego i omawianego niedawno DVD Nine Inch Nails nie ma co porównywać… Tam też kręcono z łapy, ale efekt finalny można było postawić obok oficjalnie wydanych koncertówek. „RFH” to nawet nie tyle bootleg, co właściwie poziom amatorskich klipów na youtube.

Z drugiej jednak strony – lepszy rydz niż nic, wszak mówimy tu o niemal historycznym wydarzeniu. 24 stycznia 2010 roku, niecałe dwa tygodnie po tragicznym trzęsieniu ziemi na Haiti, ekipa Radiogłowych zagrała naprędce zorganizowany koncert dla szczęśliwców, którzy wyłożyli znaczne sumy pieniężne na nabycie sprzedawanych na aukcjach internetowych biletów. Zebrano dosyć pokaźną ilość pieniędzy, co oczywiście cieszy, jednak w kontekście dzisiejszej recenzji interesują nas ciut inne fakty. Otóż w tym czasie Yorke z kolegami mieli już nie tylko promocję „In Rainbows” za sobą, ale co więcej, byli w trakcie nagrywania jego następcy, „The King Of Limbs”. Co to oznacza?

Po pierwsze- brak całego scenicznego sztafażu, jaki mogliśmy zaobserwować na „Live In Praha”. Żadnych lampionów i innych świecidełek – arsenał świateł podobny do tego, jakim dysponują klubu muzyczne w Polsce B. Znamienne, że nabierają one pełnej mocy gdzieś tak w połowie koncertu. O scenografii oczywiście można też zapomnieć. Generalnie – minimalizm i mrok.

Po drugie, choć związane z pierwszym aspektem – panowie nie tylko nie dysponowali światłami, ale też i instrumentarium, jakie wozili z sobą podczas trasy. Tym samym ograniczeni oni zostali do instrumentarium stricte rockowego, tak jak wtedy kiedy… No właśnie. Oznacza to tyle, że przeważa stary repertuar. Wprawdzie dalej sporo grali z „In Rainbows” (m.in. „Bodysnatchers”, „All I Need”, „Nude” – szkoda, że zabrakło mego ukochanego „Videotape”), nie zabrakło też „hitów” z pierwszej połowy ubiegłej dekady (ujmujący, zagrany Jimmy Page-style smykiem na gitarze „Pyramid Song”, „The National Anthem”, „How To Disappear Completely”), jednak już tych najbardziej elektronicznych rzeczy typu „Idioteque” czy „There There” zabrakło. Nie było za to problemów z odegraniem takich klasyków jak „Karma Police”, „Fake Plastic Trees”, cudowny „Street Spirit” czy nawet „Paranoid Android”, zresztą głupio byłoby nie wykorzystać okazji do odegrania tych wciąż przecież najwybitniejszych dokonań w repertuarze grupy. Na „Creep” się jednak nie pokusili… By zamknąć temat repertuaru – warto zwrócić uwagę na pierwsze wykonanie przyszłego singla z „TKOL”, „Lotus Flower”, przy wykorzystaniu jedynie gitary akustycznej…

Koncert to nie tylko jednak repertuar, ale też zachowanie zespołu i interakcja z publicznością. I tu muszę przyznać, że panowie jeszcze bardziej mnie zaskoczyli. Ok, radioheadowym expertem nie jestem, to jest drugi ich koncert jaki dane było mi oglądać. Nie sądziłem jednak, że na koncertach (bo wywiady to co innego) potrafią być aż tak wyluzowani, zdystansowani do swych postaci. Chyba że to te wyjątkowe okoliczności? Anyway, pełna radość. I to nie tylko uśmiechy na gębach, czy też pomyłki w graniu (choć to akurat też w sumie szok  bo przecież taki „Exit Music” grają regularnie). Ba, w pewnym momencie Yorke zagaduje publikę, jaki chcieliby numer usłyszeć jako następny- „Airbag” czy „Just”! Zdania dość podzielone, wygrywa ten pierwszy – ku mojemu zdziwieniu (ten drugi to, bądź co bądź, singiel), ale chyba też i zespołu, którzy również i w tym kawałku coś się kopią. Nie wiem czy dobrze się zrozumieliśmy, więc powtórzę – poczytuję te pomyłki jak najbardziej na plus. Nie ma ich na tyle by się skrzywić i zniesmaczyć, a na pewno rozrzedzają tę nieznośną czasem atmosferę kultu, jakim otoczony jest ten zespół.

Gdyby lepiej to się prezentowało audiowizualnie, to byłaby pozycja obowiązkowa. A tak – warto obejrzeć.

 

najlepszy moment: KARMA POLICE

ocena: 7,5/10

Leave a Reply