Black River – Trash
wydawca: Mystic
Przesadą byłoby poświęcać całą notkę Chrisowi Kelly’emu z Kris Kross, bo z całą sympatią dla „Jump” – ani to nie był specjalnie istotny w historii muzyki zespół, ani też poza podstawówkową zajawką zanadto nie wpłynął na mój życiorys. Ale tak jak posłuchałem sobie tego kawałka dziś rano – kurczę, kapitalny rapowy banger, który do dziś się broni! Daję głowę, że mniej obeznani w historii hip hopu usłyszawszy go między innymi klasykami z rapowych lat 90-tych nie dostrzegliby różnicy jakościowej.
Wstęp zupełnie od czapy, ale musiałem uhonorować ten singiel i jego autora choćby akapitem. A teraz przechodzimy do meritum. Gwiazda Black River zgasła równie szybko co zabłysła i już rok po wydaniu „Black’N’Roll” trzeba było mówić o tym zespole w czasie przeszłym. Na osłodę panowie opróżnili wszystkie szuflady ich studia nagraniowego i to co znaleźli zebrali na jednym albumie.
Tytuł wydawnictwa wydaje się być przesadzony (choć oczywiście zdaję sobie sprawę z jego dwuznaczności), niemniej jednak nie ma co ukrywać – nie jest to specjalnie porywający materiał. Clou programu stanowią odrzuty z regularnych płyt i prawdę powiedziawszy ani jeden z tych sześciu numerów (pięciu, jeśli pominąć miniaturkę „Locomotiv”) nie wywołał we mnie zaskoczenia, dlaczego znalazł się akurat w tym towarzystwie. Lekki paradoks polega na tym, że jeśli coś one udowadniają, to przede wszystkim… wszechstronność Black River’owców. Taki „Symmetry” na ten przykład – całość zaczyna się zwolnieniem o metalcore’owym wręcz rodowodzie, a dalej mamy jeszcze podbicie niemal dyskotykowe i na dokładkę akustyczną wstawkę. Niby fajnie, ale skłamałbym mówiąc, że widzę jakiś głębszy sens w tej układance. Tuż obok czai się zaś „American Way”, chyba najbardziej light’owe ich podejście do rockandrollowej materii, zwłaszcza w śpiewanych czysto (!) przez Taffa zwrotkach. Na singiel jak znalazł, ale gdyby poleciał w Esce Rock to miałbym wątpliwości, czy bym go wyłowił z playlisty.
Tyle jeśli chodzi o premierowe rzeczy. Dodatkowo otrzymujemy jeszcze wersje koncertowe „Too Far Away” (poprzedzone nieodzownym na polskich metalowych koncertach „napierdalać!”), „Night Lover” i „Punky Blonde”, alternatywny mix „Lucky In Hell” z intrygująco wysuniętym na wierzch basem oraz najlepsze na tej płycie dwa podejścia do „Free Man” – akustyczne i orkiestrowe. Paradoksalnie bardziej ta druga wersja trąci folkowym klimatem.
Jaki by ten album nie był – mega szkoda. Zwłaszcza, iż prawdopodobnie to nie tylko ostatni album Black River, ale i Maćka Taffa, o którym od czasu ogłoszenia rozłąki z muzyką z przyczyn zdrowotnych całkiem ucichło.
najlepszy moment: FREE MAN (ORCHESTRATION)
ocena: 6,5/10
