rageman.pl
Muzyka

Showbread – Who Can Know It?

rok wydania: 2010

wydawca: Come&Live!

pobierz album

 

Ok, czas zmienić klimat. Nie tylko stricte muzycznie.

Przekaz w muzyce dla wielu osób – zarówno wykonawców, jak i słuchaczy – jest ważniejszy niż sama muzyka. Przekaz bywa różny. Socjologiczne obserwacje czy polityka wydają się teoretycznie tymi najpopularniejszymi zagadnieniami, jednak mam nieodparte przekonanie, że gdyby przeprowadzić jakiejś poważniejsze badanie w tym zakresie, niechybnie okazałoby się, że dominującą tematyką w muzyce_której_o_coś_chodzi jest religia.

Zaskoczenie? Prawdopodobnie tak, a to z tego względu, że obecność tak zwanego Diabła/Szatana w muzyce metalowej jest tak oczywiste, że przestaje się to zjawisko rozpatrywać w kategoriach religijnych. Oczywiście nie chce stawiać równości między metalem i szatanem, bo to trąciłoby księdzem Natankiem, trudno jednak nie zauważyć, że gatunek ten jest tą ciemną stroną mocy przesycony.

A co z innymi religiami? Ostatnio pisaliśmy to o Beastie Boysach zafascynowanych Buddyzmem, ale chyba mało kogo tak de facto to poruszyło, nie mówiąc już o jakimkolwiek obruszeniu. Powszechnie wiadomo, kto w branży jest Żydem lub scjentologiem, jednak trudno w samej muzyce przykładowego Becka czy Dylana znaleźć coś na ten temat. Więcej – dyskografia tego drugiego na poważnie zahaczyła o religię dopiero wtedy, kiedy odnalazł on Jezusa w latach 70tych.

No właśnie – o ile wcześniej wspomniane wyzwania dość bezproblemowo są wchłaniane przez świat Muzyki, tak chrześcijaństwo wciąż jest postrzegane z nieufnością. Zwłaszcza w Polsce, co jest nie lada paradoksem, biorąc pod uwagę dość heh, rozległy target potencjalnych słuchaczy. Chrześcijański hiphop wciąż jest postrzegane jako kuriozum. 2TM2,3 jakoś się poszczęściło, choć nie bez problemów, natomiast za Pneumą, pomimo coraz bardziej uniwersalnego wydźwięku tekstów, wciąż ciągnęła się łatka kapeli chrześcijańskiej kapeli, którą głupio zaprosić na jakikolwiek metalowy fest, bo jeszcze będzie kazania prawić co drugiej kapeli. O reszcie gatunków nie ma co wspominać, bo poza Radiem Maryja praktycznie nigdzie nie dostrzeżesz ich obecności.

Co innego Stany Zjednoczone. Tam chrześcijańska muzyka to potężna gałąź przemysłu muzycznego – z własnymi labelami, festiwalami, mediami. Funkcjonuje to dość podobnie co country – interakcja z rynkami zagranicznymi czy zewnętrznym światem muzyki praktycznie nie istnieje, ale też i nie ma takiej potrzeby – podstawowy target i tak jest na tyle potężny, że po co jeszcze szukać poklasku u „niezrzeszonych”. Zresztą przypadki Evanescence czy Creed pokazały, że wyjście z takiej niszy przeważnie równa się spalonym mostom za sobą.

Chłopaki z Showbread nawet takiej potrzeby nie odczuwają, nie tylko nieustępliwie deklarując w tekstach swych piosenek dozgonną miłość do Jezusa, ale i, wzorem dobrego chrześcijanina, rozdając efekty swojej pracy za całkowitą darmoszkę w sieci. O ile jednak przekaz pozostaje niezmieniony, tak już muzycznie chłopaki nie mogą ustać w jednym miejscu. Zaczynali jako kapela screamo, by na najświeższym „Who Can Know It?” wylądować w…

… no właśnie nie wiem gdzie. „A Man With A Hammer” wita dźwiękami nie tylko typowo rockowego instrumentarium, ale i fortepianu. Który, jak się później okaże, jest stałym elementem także pozostałych 9 kompozycji, daleko wybiegając poza rolę dodatku. W roku 2012 skojarzenie musi być jednoznaczne – Coldplay. Aranżacyjnie bardziej hm mięsisty, bo trudno tak całkowicie porzucić core’owe przyzwyczajenia, ale jednak Coldplay. I rzeczywiście, o Faith No More’owym jajcarstwie nie ma mowy – słuchacz ma się wzruszyć. Tyle że jest to wzruszenie dość tanie, płytkie. Niby cel uświęca środki, ale jednak dobrze byłoby takie wzruszenia rozróżniać. A pisze to koleś, który płakał ostatnio na „Klanie”, więc wie co to tanie wzruszenie, dziwko.

A może to ten przekaz tak porusza? Pomijając aspekt chrześcijański, to trzeba uczciwie przyznać, że teksty trącą małą poezją. Zresztą ich autor, a zarazem wokalista Josh Dies z powodzeniem działa także jako autor książek, więc coś jest na rzeczy. Szkoda tylko, że wyśpiewane są one w tak nieprzekonujący, jednowymiarowy, „pizdowaty” sposób. Wcześniej, jako dodatek do krzyku, to się sprawdzało. Na rozciągłości całej płyty trochę męczy. A co gorsza – trochę zabija te piosenki, w których dzieje się ciut więcej niż coldplayowanie. Jak „The Prison Comes Undone” (choć to wciąż cudny numer), „Hydra” czy 11minutowy „The Heart Is Deceitful Above All Things” (choć tutaj po kapitalnym początku zabrakło pomysłu nie tylko na wokal, ale i na całą resztę kompozycji). Tylko „Myth Of A Christian Nation”, z mięsistym riffem, wyłamuje się z klimatu całości. Fajowy wyjątek.

Się rozpisałem, cholera. Ale ta płyta naprawdę sporej rozkminy mi dostarcza. Ma ta płyta charakter. Kontrowersyjny, nie tak oryginalny, ale na pewno nie pozostawiający obojętnym. Przyznam, że boję się jej dłużej słuchać, bo jeszcze w oazie jakiejś wyląduje albo, co gorsza, stanę się emo. Czas dla równowagi jakiegoś Slayera zapuścić.

 

najlepszy moment: THE PRISON COMES UNDONE

ocena: 7/10

Leave a Reply