rageman.pl
Muzyka

Gothika

gdzie: Kwadratowa, Gdańsk

kto: Gothika, Agonised By Love

 

O koncercie znów Wam napiszę. Czasem się już nie chce, czasem chciałoby się napisać: „byłem, widziałem, podobało się i chuj”. Ale przyzwyczaiłem Was, drodzy czytelnicy, do dłuższych wypowiedzi, więc nie mogę Was zawieść. Nawet jeśli nie jest Was specjalnie wiele.

Wyszło spontanicznie. Nawet nie wiedziałem, że coś takiego będzie się działo. No ale pewne argumenty przemówiły za tym, by się udać do Kwadratowej. Choćby to, że dawno mnie tam nie było.. Gdzie te czasy, gdy chodziło się co tydzień do tego klubu na koncerty…

Impreza odbywała się w ramach imprezy cyklicznej, której współorganizatorem jest znany w trójmiejskim światku Hervy. Czyli człowiek odpowiedzialny za kultowe Temple of Goths. Oczywiście nowa impreza to wciąż ten sam klimat. Czyli skóry, czerń, krzykliwe kolory włosów, rajstopy, mrok, szatan, seks. Niestety, frekwencja do najlepszych nie należała, więc nie było wielu osób, z których można by pokręcić przysłowiową bekę.

Na plakacie stało, że start o 20.00, koncerty jednak zaczęły się o 22.00. Wcześniej mieliśmy przygrywanie do tańca. Być może chodziło o przetrzymanie ludzi, którzy prawdopodobnie w większości przyszli na koncert, jak najdłużej w klubie. Przyniosło to efekt niestety taki, że troszkę luda odpadło już w trakcie samego występu gwiazdy wieczoru. No nic to.

Zanim jednak o gwieździe wieczoru, to słówko o polskim supporcie. Agonised by Love. Ostatnim razem widziałem ich już niemal trzy lata temu, więc czas był najwyższy, by sprawdzić, co u tych panów. Pamięć już nie ta, ale mam nieodparte wrażenie, że poszerzyli skład o nowego osobnika, więc jest ich już czterech. A na pewno głowę dam, że poprzednim razem nie było w ich składzie pana Hervyego. Teraz był, tak więc mieliśmy dwóch osobników odpowiedzialnych za elektronikę. Za klawiszowe wstawki, sample, ale przede wszystkim – beat. Przeważnie taneczny, ale czasem zwolniony, przez co robiło się bliżej Depeche Mode jakiegoś. Ale generalnie rytm był tak wysunięty do przodu, że zagłuszał wszystko. Szkoda, że tak mało było słychać tego, co wyczynia pan gitarzysta. Ledwie jakieś echa przesteru… Tak więc mieliśmy w roli głównej rytm. I wokal. Bardzo w stylu Roberta Smitha, melodyjny, choć jakby taki zbolały. I raczej bez wycieczek w inne strony wyrazu, choć raz zabrzmiało jakieś ryknięcie. Ale generalnie bardzo pozytywnie, zwłaszcza że urozmaicano to czasem wokalem Hervyego (który to przecież na co dzień porykuje w No Signal Detected, więc zna się na rzeczy). O ile pamiętam, na poprzednim koncercie bardzo rozbawił mnie attitude zespołu. Nie wiem, czy jestem już starszy i bardziej tolerancyjny, czy to zespół się zmienił i stonował. W każdym razie wyglądali bardzo zwyczajnie. I w sumie fajnie, że ABL sprawiają wrażenie zespołu stojącego jakby ponad całą tą gotycką etykietę. Słychać to też z muzyce. Przesadą byłoby mówić, że każdy numer to singiel, ale naprawdę nie sposób odmówić zespołowi melodyjności, wręcz hitowości. Ciężko mówić o potencjale, bo przecież zespół istnieje już sporo czasu. Więc powiem tyle, że czas już najwyższy, by ten zespół zaistniał szerzej. O ile oczywiście będzie tego chciał.

Okej, czas na główną gwiazdę. Gothika. Ponoć jeden z pionierów gotyku w Japonii. Znając umiłowanie Japończyków do ekstrawagancji, należało się spodziewać wszystkiego… I rzeczywiście. Dwóch osobników, jeden bardziej androgeniczny od drugiego. Za całą muzykę odpowiada ten chowający się za laptopem i elektronicznymi bajerami.
Z kolei pan wokalista w stroju jak najbardziej japońskim, wręcz tradycyjnie japońskim. Tylko jego właściciel dosyć nietradycyjny… Biorąc pod uwagę barwę głosu, to bym powiedział – japoński Marilyn Manson. Choć ekspresja wokalna to już inna bajka. Japońska bajka, jeśli można tak powiedzieć. Ja nie wiem, czy to kwestia języka, ale bardziej się to kojarzyło z niedawno tu omawianym Dir En Grey niż czymkolwiek ze sceny elektro/goth/whatever. Co z jednej strony wyróżnia. Ale z drugiej – utrudnia odbiór. Niełatwo było przyswoić występ Gothiki. Nie chcę generalizować, ale z dotychczasowych moich doświadczeń z j-alternative music wynika, że ich troska o melodię sprowadza się głównie do wokali. I rzeczywiście, tym koncert Gothiki wygrywał. Ale muzycznie już tak fajnie nie było. Rytmicznie, tanecznie, ale po pewnym czasie zaczynało to bardziej nudzić niż pobudzać do tańca. Dlatego urwałem sobie ich występ po godzinie, bym zapamiętał ich jako egzotyczną rewelację, a nie duet nudziarzy. Niemniej tych zastrzeżeń – warto było się pojawić.

 

najlepszy moment: GOTHIKA – ELFLOCK  

ocena: 6/10