rageman.pl
Film

Deathproof

rok: 2007

reżyseria: Quentin Tarantino

 

Dziś będzie filmowo. Bo pan Quentin Tarantino wrócił do gry.

No właśnie, pan Tarantino. Reżyser jednego z najlepszych filmów na świecie. Yep, „Pulp Fiction”. Mało to oryginalna opinia, ale ten film jest tak mocarny, że szok. Potem już nie było tak dobrze, choć też nieźle. Mi osobiście np. powstały po PF „Jackie Brown” bardziej się podobał od „Kill Billa”. Nie aby zły, ale zamiast dwóch części, gdzie pierwsza była zdecydowanie lepsza, można było zrobić z tego jeden przezajebisty film. W nowym projekcie pana Tarantino mamy też dwa filmy. Tyle że z tą różnicą, że oba wyreżyserowane przez dwóch reżyserów. I zupełnie inne w klimacie, tak jak inna jest twórczość obu reżyserów.

Drugim reżyserem jest pan Robert Rodriguez („Desperado”, „Od zmierzchu do świtu”, „Mali agenci”, ostatnio „Sin City”), a wspólny projekt postanowili nazwać Grindhouse. Grindhouse to były kina w Ameryce, gdzie wyświetlano filmy spod znaku exploitation. Bez hollywoodzkich gwiazd, za to z dużą dawką seksu, krwi, przemocy. Nagrywane na chujowych taśmach, zdartych od używania, czasem z wyciętymi przez swawolnych kiniarzy scenami. Miało to swój klimat. Ponoć. Bo do Europy ta zajawka zupełnie nie dotarła. Co najwyżej u nas oglądało się na video horrory klasy C i niżej typu Crittersy, i to też miało swój klimat. Dlatego do Europy projekt obu panów trafił w zmodyfikowanej wersji. Zamiast połączonych dwóch filmów, przedzielonych fake’owymi trailerami (w reżyserii plejady gwiazd, m.in. Rob Zombie czy Eli Roth), trafiają do nas filmy z osobna. Film Rodrigueza ma trafić do polskich kin za jakiś czas, Tarantino mamy teraz. W ramach zrekompensowania tej straty do obu filmów dodano nowe sceny, których widzowie w USA nie zobaczą. Więc cieszmy się tym, co mamy.

Film Tarantino też jest podzielony na dwie części, by nie powiedzieć nowelki. Obie łączy postać głównego bohatera – Kaskadera Mike’a (w tej roli zajebisty Kurt Russell). W obu częściach mamy też do czynienia z grupami młodych dziewcząt, pragnących po prostu mieć fun. Tyle że różne to grupy – w pierwszej jest m.in. zjawiskowa Vanessa Ferlito (ponoć następczyni Angeliny Jolie), w drugiej Rosario Dawson, którą widzieliśmy m.in. w „Sin City”. Główna różnica między obiema częściami polega na tym, że w pierwszej Kaskader Mike okazuje się być psycholem, który zaczyna polować na owe dziewczęta, a w drugiej to grupa dziewcząt w odwecie za wcześniej poniesione krzywdy urządza polowanie na Mike’a. Poza tym jest też zróżnicowanie pod względem tempa i akcji. Pierwsza część to właściwie minimum akcji, a maksimum dialogów. Przepysznych, jak to u Tarantino. Świetny klimat, zwłaszcza że podrasowany przez „grindhouse’owe” efekty – psujące się kolory, efekt porysowania taśmy czy skaczącej szpuli filmowej. Bardzo przyjemnie się ogląda, choć momentami jest to trochę przegadane. Jednak druga część filmu to już jest max totalny. Zawrotna, niedająca spokojnie usiedzieć akcja, okraszona również świetnymi, choć zdawkowymi dialogami. Miazga.

Ciężko porównywać. Każda z tych nowelek ma to coś, co nie pozwala przez cały seans znudzić się i lukać na zegarek. Jeśli już miałbym którąś wybrać, to wybrałbym drugą. Choć to pierwsza jest bardziej tarantinowska. Zresztą pojawia się tam jako barman sam reżyser. A także inny reżyser – Eli Roth – jako młodzieniec startujący do wspomnianej grupki dziewcząt. Oko kinomanów, a także fanów muzyki może zwrócić uwagę na pojawiającą się w tej noweli Rose McGowan – niegdyś partnerkę Marilyna Mansona, którą można też oglądać w klipie „Coma White”. Zaś dla twinpeaksowych freaków ciekawostką będzie występ w roli szeryfa Michaela Parksa. Czyli zbir Jean Reno, co czyhał na życie agenta Coopera. W drugiej noweli występuje mniej aktorów, więc tutaj oczka zwracają głównie uwagę na Rosario Dawson. Szacun jednak też dla niejakiej Zoe Bell, której jest to pierwsza rola filmowa, choć z filmem ma do czynienia od dłuższego czasu. A to dlatego, iż wcześniej zajmowała się kaskaderstwem. Czy to ważne? Tak, bo najlepszą scenę w filmie, od której serce wstrzymuje beat z wrażenia, zagrała ponoć całkowicie sama. Czapki z głów.

Choć i tak najjaśniej bryluje tu Kurt Russell. Tarantino po raz kolejny odkurza gwiazdę sprzed lat. Kiedyś to był Travolta, teraz czas na Russella. Rola jest genialna. Od psychopatyzmu do groteski. Gdyby akademia filmowa nie nagradzała tylko odtwórców postaci historycznych, to Russell miałby Oscara jak nic. A tak możemy się tylko cieszyć, że być może filmowcy znów sobie przypomną o tym aktorze.

„Pulp Fiction” było filmem kompletnym. Kapitalny mix akcji, pysznych dialogów i typowego tylko dla Tarantino klimatu. Później zawsze czegoś brakowało. W „Jackie Brown” akcji, w „Kill Billu” dialogów. Wychodzi więc na to, że „Death Proofowi” powinno brakować „tarantinizmu”. Niby tak nie jest, choć rzeczywiście więcej w tym filmie grindhouse’u niż Tarantino. Co teoretycznie powinno być sukcesem. I w sumie takim jest. Bo to najlepszy film Quentina od czasu „Pulp Fiction”. Trudno jednak nie traktować tego jako swoisty skok w bok od normalnej drogi, jaką toczy się kariera tego pana. Niemniej – two thumbs up!

 

najlepszy moment: CRASH (UWAGA, SILNY SPOILER)

ocena: 7/10