rageman.pl
Muzyka

Metalmania 2007

gdzie: Spodek, Katowice,

kto: Testament, Sepultura, Blaze Baley

 

Zapewne wiecie, jaki zrobił mi się ostatnimi czasy szyderczy stosunek do muzyki metalem zwanej. Wolę jednak zwyczajnego rocka. Ale to nie tak, że nagle przestały robić na mnie te dźwięki. Nie, to nie to. Chodzi o to, że ostatnio gatunek ten zrobił się dla mnie karykaturalny. Proporcje gówna nad czymś zajebistym zrobiły się nieznośne, by śledzić poczynania tego gatunku. Na dodatek z przykrością zacząłem dostrzegać, dlaczego przez niektórych ten gatunek jest postrzegany jako muzyka dla zakutych (sic) łbów.

I jest taki sobie festiwal Metalmania. Gdzie właśnie większość występujących kapel to od lat przewijające się nazwy tych grajków, które na takiej Metalmanii święcą triumfy, bo nigdzie indziej nie chcą ich słuchać. Wiadomo, że my zawsze w tym kraju z gustami byliśmy na opak. Pojedyncze przypadki występów zajebistych kapel można by było policzyć na palcach jednej ręki. Soulfly. Apocalyptica. Exploited. Fear Factory. Od biedy Caliban, Stuck Mojo, Soilwork. I w tym roku znów miało być biednie. Ale w ostatniej chwili dołączyła do zestawu kapela, którą MUSIAŁEM w końcu zobaczyć na żywo. A dzięki temu przy okazji zobaczyłem też kapelę, o której potędze mogłem przy okazji się przekonać. Ten pierwszy zespół to Sepultura, drugi to Testament.

Ale najpierw… Jakoś niespecjalnie nam się spieszyło, by przyjechać do katowickiego Spodka (gdzie od wielu lat Metalmania się odbywa) wcześniej. Koncerty zaczynają się tam już przed południem. Ale hmmm, no kto przy zdrowych zmysłach chciałby oglądać takie kapele jak Jorn, Zyklon czy Crystal Abyss? Może trochę szkoda Entombed. Szkoda, że jednak włodarze Metalmanii stawiają na ilość, nie jakość kapel. Dlatego koncerty nie-gwiazd trwają góra godzinę. Dotyczyło to również Sepultury.

Tak zwaną „małą scenę”, gdzie prezentowały się undergroundowe zespoły nie tylko z Polski, ominęliśmy. Jakoś nie czułem dziwnym trafem potrzeby przekonywania się do takich kapel jak Forever Will Burn czy Benediction. Pomimo wstępnych zapędów nie odważyłem się również na słynne na Metalmaniach „hamburgery z gumy” i „niebieskie napoje”, pamiętające jeszcze gomułkowskie czasy. Przeszliśmy od razu do sali głównej.

Ciężko ocenić frekwencję, bo właściwie odchodziła często rotacja. Co raczej zrozumiałe, ze względu na rozrzut stylistyczny przekraczający możliwości gustów metalowców. Myślę jednak, że gdyby zebrać wszystkich, to raczej cały Spodek byłby prawie wypełniony. Ale jak przybyliśmy, to zaczęło się robić pustawo. Myśleliśmy, że będąc około 19.00, spóźnimy się na występ Sepultury. A tu się okazało, że jest taka obsuwa, że teraz to dopiero zacznie grać Blaze.

Który wkroczył niedługo po naszym przybyciu i ulokowaniu się na miejscach siedzących. Najpierw jednak zapowiedź konferansjera. Przypuszczam, że był to Anzelmo (niegdyś Radiostacja oraz Atomic TV), choć w eterze i na wizji sprawiał wrażenie dysponującego niższym głosem. No nic to. Wkracza Blaze.

Zapewne trzeba wyjaśnić, któż zacz. Otóż Blaze to kapela dowodzona przez pana Blaze’a Bayleya. Hmmm, no dobra, rozjaśniamy sytuację. Iron Maiden, anyone? Wydali w latach dziewięćdziesiątych dwie płyty. Bez Najwłaściwszego Wokalisty, Bruce’a Dickinsona. Z Blazem właśnie. Ale Blaze został wyrugowany, gdy tylko Dickinson zadeklarował chęć powrotu do Dziewicy Żelaznej. Ale Blaze nie pochlastał się z rozpaczy i dalej nagrywa płyty, już z własnym zespołem. Choć sukcesy już zdecydowanie nie te. Artystyczne i komercyjne zwłaszcza.

Tak się złożyło, że akurat Blaze postanowił nakręcić swoje pierwsze koncertowe DVD właśnie u nas, na występie na Metalmanii. Z jednej strony – miło. Z drugiej zaś, to chyba jednak nie sposób ukryć, że tylko u nas mogło powstać to DVD. Nie ze względów logistycznych. Po prostu nikt nie chce już słuchać Blaze’a, o czym zresztą bez zażenowania opowiadał. Tylko u nas tyle ludzi przyszło go posłuchać.

I tak mi się wydaje, że publika byłaby znacznie mniejsza, gdyby to był osobny koncert pana Bayleya. Festiwal, czyli dużo przypadkowej publiczności. I chyba tym razem nie chodziło o zobaczenie zespołu Blaze. Chodziło o to, by zobaczyć Wokalistę Iron Maiden. Byłego, ale jednak. Co więcej, nie chodziło tylko o oglądanie członka Iron Maiden. Ludzie chcieli też słuchać Iron Maiden. Chwała Bogu, że domyśla się tego Blaze i bez zażenowania składa lwią część swojego programu z kawałków z „The X Factor” i „Virtual XI”. I te kawałki miały bezsprzecznie najlepsze przyjęcie (jak choćby „Man on the Edge”, który – co ciekawe – dalej jest wykonywany również przez Iron Maiden, z Brucem na wokalu). Ale zaskakująco i solowe kawałki miały dobre przyjęcie. Choć jednak nawet ktoś niesłuchający metalu w ogóle skumałby różnicę między tymi numerami.

Chodzi o jakość. Niestety Blaze, niepodparty geniuszem kompozytorskim Steve’a Harrisa i spółki, który ratuje Ironów od całkowitej beki z ich patosu i wioskowatości, jest tym wszystkim, co w metalu śmieszne. „Rycerskie”, nudne raczej kompozycje. Siermiężność i ignoranckie podejście do Muzyki. Zakucie łba metalem. Niefajnie.

Ale jednak są też rzeczy, które sprawiły, że ten koncert summa summarum był całkiem niezły. Po pierwsze – aspekt techniczny. Brzmiało to mocno jak diabli. Dwóch naprawdę niezłych gitarzystów i równie dobra sekcja rytmiczna. Perkusista z fryzurą a’la czeski piłkarz/metalowiec. Również reszta kapeli z bardzo metalowym wizerunkiem. Ale okej, nikt przecież chyba nie oczekiwał gajerków czy hiphopowego imidżu.

A skoro o wyglądzie mówimy. To właśnie drugi aspekt, który nie tylko nie pozwala skreślić Blaze’a, ale można nawet przybić mu piątkę. Koleś jest urodzonym showmanem. By nie powiedzieć – gawędziarzem. Oczywiście dużo z tego, co mówił, to sranie w banie typu „bez was bylibyśmy nikim” (jak w żadnym innym przypadku można się zgodzić) i peany na cześć heavy metalu. Ale jednak była ujmująca szczerość i pocieszność w tym, co mówił. I jak mówił. W końcu to Angol. Nawet metalowcy z Anglii brzmią jak gentlemani. Oni mają to w głosie.

Więc, jak już powiedziałem, koncert bardzo sympatyczny. Szkoda tylko, że kręcono owe DVD. Co spowodowało, że koncert, zamiast godzinę trwać, „dziwnym trafem” wydłużył się do godzin dwóch. Bałem się, że wpłynie to na przebieg pozostałych koncertów wieczoru, zwłaszcza jeśli chodzi o ich długość. Na szczęście skończyło się tylko na roszadach w programie. Zespoły grały tyle, ile miały grać.

Choć to, że Sepultura miała grać tylko godzinę, woła o pomstę do nieba. Co z tego, że po odejściu Igora Cavalery w tamtym roku tylko basista Paulo Pinto został z oryginalnego składu? (Gitarzysta Andreas Kisser w końcu doszedł po pierwszej płycie). Co z tego, że dla wielu Sepultura bez Maxa Cavalery nie ma racji bytu, a bez Cavalerów jej istnienie jest w ogóle niedorzeczne? To jest SEPULTURA i koniec. Te numery, TEN gitarzysta, TA ENERGIA, dalej wytwarzana, choć przecież w zupełnie innej konfiguracji personalnej niż za czasów „Roots” czy „Chaos A.D.”. Poza tym – ja tam zajebiście lubię Derricka Greena, nawet jeśli wciąż Sepa nie może nagrać z nim w składzie jakiejś wybitnej płyty. Pod względem wykonawczym nie mam temu kolesiowi nic do zarzucenia.

A Igor Cavalera to tylko perkusista, którego zza zestawu nie widać. Więc w czym problem, że zastąpił go niejaki Jean Dolabella, o nie mniejszych umiejętnościach?

Dlatego uciszamy resztki tych popaprańców, którzy wciąż upierają się przy swoim równaniu Sepultura=Max Cavalera, i możemy przejść do omawiania koncertu.

Najpierw sobie jednak krzyknę:
AAAAAAAAAAA, WIDZIAŁEM KURWA SEPULTURĘ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Nie udało się rok temu z In Flamesami, nie udało się cztery lata temu, nie udało się oczywiście też na historycznym koncercie dziesięć lat temu, gdy promowali „Roots”. Udało się teraz. Dopiero. Ale jednak – UDAŁO!

Zamiast kiczowatej scenografii Blaze widzimy już grafikę rodem z ostatniego albumu Sepultury – „Dante XXI”. Nie okładka, ale coś w tym stylu. Intro. Pojawiają się! Akurat jestem po stronie, gdzie rezyduje Paulo, którego w sumie niespecjalnie i tak było widać. Lepiej było z Kisserem, który napierał na gitarce po drugiej stronie sceny. Ale i tak władcą jest Derrick Green.

Promują dalej Dantego, więc zaczynają od „Dark Wood of Terror”. Okej, ale dla mnie TYM początkiem był następny numer. Jeden z najwspanialszych tracków w metalu. „Refuse/Resist”. Ludzie, choć czekają na WIADOMY NUMER, to już szaleją. Miazgaaaa. Choć pojawiła się też refleksja, że jednak wokal mógłby być ciut głośniejszy. I brzmienie, jednak w porównaniu z Testamentem grającym później, ciut gorsze. Ale i tak jest cud miód orzeszki. Zaczynają się uderzenia perkusji niczym w techno-automacie. Tak, to znów Dante. A konkretnie singlowy „Convicted in Life”. Jak ten numer zabrzmiał! Mój faworyt wieczoru. A zaraz po nim kolejny z tej płyty „False”. Przez te pierwsze numery Derrick ani słowem się nie odzywa. Dopiero teraz zagaja do publiki. Choć, summa summarum, ciężko powiedzieć, by miał jakiś super kontakt z publiką. Ciężko było oprzeć się wrażeniu, że nie czuje się pewny siebie w relacjach z publiką. Jakby na zasadzie „przepraszam, że nie jestem Maxem”… A może miał nienajlepszy dzień? Parę razy odezwał się Andreas Kisser, którego teraz można uznać za lidera tego zespołu. Ciekawie jawi się ostatnio przyszłość tej kapeli…

Anyway, jak już mówiłem, koncert niewyśmienity. Ograniczający się do mówienia o tym, co panowie zagrają za chwilę. A zapowiadali od teraz głównie stary shit. „Dead Embryonic Cells”! No, polecieli w oldskula totalnego. Wpletli jeszcze najświeższego singla – „Ostia”, zaraz potem znów wrócili do „Arise”. A konkretniej – „Desperate Cry”. Czy może być jeszcze bardziej oldskulowo i morderczo. Tak! „Troops of Doom”!!!!!! Lubią swoje najstarsze dokonania, lubią. Bo zaraz potem zabrzmiał „Beneath the Remains”. A potem powrót do „Chaos A.D.”. „Territory”!! Czyli coś już bardziej dla festiwalowej gawiedzi niż dla maniaków. Ale i tak już wszyscy wyczekują na TEN NUMER. Zespół to zauważa. Głupio, jakby nie zauważył. Nikt by ich nie wypuścił, gdyby nie zagrali tego numeru.

ROOTS BLOODY ROOTS.

Co ja tu mogę dodać. No… takich chwil się nie zapomina, ot co.

I koniec koncertu. Zero bisów, choć wszyscy jak jeden mąż skandowali nazwę brazylijskiego ansamblu. Zapalają się światła, konferansjer zapowiada zmiany w programie, w związku z czym mamy czekać na Testament. Ale co mnie to w tym momencie obchodzi? Ja chcę Sepulturę!!!

Słowo podsumowania? Przede wszystkim – za krótko. Jedenaście numerów na prawie tyle samo płyt to gruba przesada. Zwłaszcza że wcale nie było selekcji na zasadzie „po jednym numerze z każdej płyty”. Jak wspomniałem, z Derrickiem nie nagrali wybitnej płyty, ale jednak szkoda, że z ery „porootsowej” ograniczyli się tylko do numerów z „Dante”. Nic z „Roorback”, choć tam są świetne kawałki. Nic z „Nation”, nic z „Against”. Skoro nie nowe numery, to może klasyki groove metalu? „Roots Bloody Roots” to dla mnie jak za mało, jeśli chodzi o TAKI album. Dobrze, że chociaż tymi oldskulami sypnęli. Najwyraźniej dobrze się czują w tych numerach. I fajnie.

Gdzieś słyszałem, że najlepsze są koncerty, których się nie pamięta. Coś w tym jest. Tak naprawdę to ten koncert teraz jak przez mgłę. Jestem pewien tylko jednego. Że zobaczyłem taką Sepulturę, której oczekiwałem. Mogę umierać w spokoju.

Normalne, że przed śmiercią musi być TESTAMENT. I był.

W najoryginalniejszym ze składów. Co nie znaczy, że oryginalnym. Bo na perkusji jednak zasiada ktoś nowy. Ale przynajmniej – ktoś dobry. Nick Barker, czyli Dimmu Borgir i Cradle of Filth. Bardzo dobre zastępstwo. A poza tym po staremu. Grubasek Chuck Billy za mikrofonem (z małym statywikiem, fajnie to wygląda), Eric Peterson oraz ci, co wrócili. Alex Skolnick, którego miałem najbliżej i mogłem się dzięki temu przyjrzeć jego ciekawej fryzurce (pasemka??), i Greg Christian na basie, najbardziej schowany. Wrócili zawodowcy.

Jak już wspominałem, metal to beka. Tak się niestety ostatnio stało. Cieszy jednak, że są takie kapele jak Testament. Ci, co od dwudziestu lat pilnują świętego ognia metalu. Pokazują, jak ta muzyka powinna brzmieć. Piekielnie mocno (brzmienie to była P-E-R-F-E-K-C-J-A), wyrywająca flaki, a przy tym zapadająca w ucho, i gdzieniegdzie nawet bardzo melodyjnie.

Perfekcja brzmieniowa, interakcyjna (gadek nie za dużo, nie za mało). Brak mi słów. Metallica mogłaby się wiele nauczyć od nich. A Megadeth czyścić buty co najwyżej. Oj, ciężko będzie miał Slayer, by przebić ten występ. Dla mnie teraz Thrash to Testament. Nic dodać, nic ująć.

Zmiany w programie koncertów są chujowe. Ten jednak jeden raz jestem wniebowzięty. Ominął mnie Paradise Lost i My Dying Bride, zobaczyłem cały Testament. Życie jest piękne.

 

najlepszy moment: SEPULTURA – CONVICTED IN LIFE

ocena: 8/10