Papaya Paranoia
kto: Papaya Paranoia
najpierw ustaweczka o 20.30 z ewa pod manhem. okazuje sie ze jeszcze sara i w dodatku ich tatko, ktory przyjechal z warszawy, tez chce isc. wiec idziemy cala rodzina hehe.a wlasciwie jedziemy po vipowsku taxoweczka. kierunek – Sfinks.
jakos dawno nie bylem na koncercie w tym miejscu. chyba ostatnio na Robotach w chuj lat temu. jednak pod wzgledem organizacji koncertow nic sie nie zmienilo. dalej odbywa sie to na glownej sali. na fontannie jakos nic nie przygrywalo, albo przynajmniej nie przed koncertem. ludzi nie jakos wiele, ale wystarczajaca. w tym w chuj znajkomych twarzy – m.in. kaski z i k, krzysiu z ptakyow oraz sporo geb z diy koncertow.
koncert zaczyna sie z dwugodzinna obsuwa. pare minut przed 23.00 wchodza na scene. ja juz w niebie. bo oto w roli pani od drugiego wokalu i bajerow elektronicznych widze jedna z najpiekniejszych japonek jakie w zyciu widzialem (choc szczreze mowiac, nie widzialem ich wiele). ahhhhh…. na perkusji zas gra jej siostra blizniaczka. obie sa specjalnymi goscmi na trasie. bo Papaya Paranoia to przede wszystkim pani wokalistka (przykro mi ze bez imion, ale spamietac ciezko), a takze kompozytorka, teksciarka i ogolnie spiritus movens. a od niedawna takrze jedyny mezczyzna w zespole, pan gitarzysta. wszyscy ubrani w polaczenie tradycyjnych strojow japonskich z elementami kicz disco. pod wzgledem wizualnym – magia. zwlaszcza jesli dodamy do tego wizualizacje na telebimie. nie aby jakies specjalnie tresciwe, ale ystarczajaco ciekawe, by chcialo sie tez ten koncert ogladac.
no ale przede wszystkim MUZYKA. w wersji studyjnej numery PP brzmia bardziej jak czyste electro, by nie powiedziec disco. i zatsanawia, dlaczego w opisie na profilu myspace jest mowa o punku. koncert dal wyjasnienie.
tak niesamowitej energii nie widzialem od dawna. owszem, wykorzystujaca w glownej mierze elektronike, ale sila wyrazu rodem z punk rocka. zreszta, nawet jesli gitarzysta nie gral jakiejs riffowni, to i tak jednak juz sam jego widok, to jak katowal gitarke zblizalo calosc bardziej do koncertu sex pistols niz westbama. no i perkusja. sposob gry mowil wszystko. zreo sztucznych beatow, slychac kazde pojedyncze uderzenie, kazde przejscie.
japonskie asian dub foundation? moze cos w tym jest. tam tez jest polaczneie elektroniki, rockowej energii i orientalizmow. tyle ze ten ostatni element w przypadku Papaya Paranoia, tak bardzo ich wyroznia. wlasnie przez ten znaczny pierwiastek Japonii w ich muzyce nie mozna ich pomylic z niczym innym. i nawet nie chodzi o TEN jezyk (ah, szkoda ze juz mi sie jezyk japonski od czasu zakonczenia nauki zdazyl cofnac). to jest cos w dzwiekach, trudne do opisania… wiec zostawmy to.
w kazdym badz razie – koncert pod wzgledem dzwiekowym fenomenalny. japonczycy-muzycy wygrywaja tez tym, ze ze wzgledu na budowe twarzy trudno wyobrazic sobie ich ponurych. oni po prostu maja usmiech wrodzony niemalze. a gdy sie juz szczerze, prosto z serca usmiechna, to nie ma przebacz, jestes juz ich. panie z papaya wladaly nami w ten sposob przez prawie poltorej godzinny. a przodowala w tym moja ulubienica, o ktorej bylo na poczatku. szkoda tylko wlasciwie, ze rozumiem ze zalezalo im na komunikacji, wiec gadaly (nieczesto, ale bywalo) po angielsku. ale jednak fajnie byloby chociaz powitanie uslyszec po japonsku. no ale, to drobnostka. nie zmienia to faktu, ze kogo nie bylo na tym koncercie ten hmmm gapa.
najlepszy moment: I LIKE SUSHI
ocena: 7,5/10
