Papaya Paranoia
kto: Papaya Paranoia
Jakoś dawno nie byłem na koncercie w Sfinksie. Chyba ostatnio na Robotach w chuj lat temu. Jednak pod względem organizacji koncertów nic się nie zmieniło. Dalej odbywa się to na głównej sali. Na fontannie jakoś nic nie przygrywało, albo przynajmniej nie przed koncertem.
Koncert zaczyna się z dwugodzinną obsuwą. Parę minut przed 23.00 wchodzą na scenę. Ja już w niebie. Bo oto w roli pani od drugiego wokalu i bajerów elektronicznych widzę jedną z najpiękniejszych Japonek, jakie w życiu widziałem (choć szczerze mówiąc, nie widziałem ich wiele). Na perkusji zaś gra jej siostra bliźniaczka. Obie są specjalnymi gośćmi na trasie. Bo Papaya Paranoia to przede wszystkim pani wokalistka (przykro mi, że bez imion, ale spamiętać ciężko), a także kompozytorka, tekściarka i ogólnie spiritus movens. A od niedawna także jedyny mężczyzna w zespole, pan gitarzysta. Wszyscy ubrani w połączenie tradycyjnych strojów japońskich z elementami kicz disco. Pod względem wizualnym – magia. Zwłaszcza jeśli dodamy do tego wizualizacje na telebimie. Nie aby jakieś specjalnie treściwe, ale wystarczająco ciekawe, by chciało się też ten koncert oglądać.
No ale przede wszystkim MUZYKA. W wersji studyjnej numery PP brzmią bardziej jak czyste electro, by nie powiedzieć disco. I zastanawia, dlaczego w opisie na profilu MySpace jest mowa o punku. Koncert dał wyjaśnienie. Tak niesamowitej energii nie widziałem od dawna. Owszem, wykorzystująca w głównej mierze elektronikę, ale siła wyrazu rodem z punk rocka. Zresztą, nawet jeśli gitarzysta nie grał jakiejś riffowni, to i tak jednak już sam jego widok, to jak katował gitarkę, zbliżało całość bardziej do koncertu Sex Pistols niż Westbama. No i perkusja. Sposób gry mówił wszystko. Zero sztucznych beatów, słychać każde pojedyncze uderzenie, każde przejście.
Japońskie Asian Dub Foundation? Może coś w tym jest. Tam też jest połączenie elektroniki, rockowej energii i orientalizmów. Tyle że ten ostatni element w przypadku Papaya Paranoia tak bardzo ich wyróżnia. Właśnie przez ten znaczny pierwiastek Japonii w ich muzyce nie można ich pomylić z niczym innym. I nawet nie chodzi o TEN język (ah, szkoda, że już mi się język japoński od czasu zakończenia nauki zdążył cofnąć). To jest coś w dźwiękach, trudne do opisania… więc zostawmy to.
W każdym bądź razie – koncert pod względem dźwiękowym fenomenalny. Panie z Papaya władały nami w ten sposób przez prawie półtorej godziny. Szkoda tylko właściwie, że komunikując się po wyłącznie po angielsku – rozumiem, że zależało im na tym by zostały zrozumiane, ale jednak fajnie byłoby chociaż powitanie usłyszeć po japońsku. No ale to drobnostka. Nie zmienia to faktu, że kogo nie było na tym koncercie, ten hmmm gapa.
najlepszy moment: I LIKE SUSHI
ocena: 7,5/10
