rageman.pl
Muzyka

Detroit 442

gdzie: Negatyw, Gdańsk

kto: Detroit 442, Bilety Do Kontroli

 

Miała być zajebista notka. No normalnie, być może najlepsza w historii bloga. I oczywiście chuj bombki strzelił, a kwłaściwie to komputer strzelił i wszystko poszło w pizdu. I chociaż wstaję o 6, więc teoretycznie powinienem iść już spać, to tak łatwo się nie poddam. Bez wszystkich homeryckich porównań, dygresji itepe itede lecimy z tematem. Bo, drogie dzieci, chcę wam bardzo opowiedzieć o pewnym koncercie, jaki odbył się w ukochanym przez wszystkich alternatywciarzy, studentów i wielbicieli moshu klubie Negatyw.

Od początku. O godzinie około 21.00 instaluje się na scenie polski support, czyli trójmiejskie Bilety Do Kontroli. Jakoś nie miałem szczęścia do oglądania tych panów w akcji. A to darowałem sobie ich, gdy grali nietypowy koncert z Kings Of Nuthin. A to nie miałem jebitnie nastroju na oglądanie ich, gdy grali z 1125. Więc w pełni mogłem podziwiać ich talenty w chuj czasu temu, a konkretnie w listopadzie 2004 roku, gdy supportowali Die Toten Hosen. Support tu, support tam…

Mamy do czynienia z kapelą nawet jeśli nie sławną, to na pewno zasłużoną. I mającą spore grono wielbicieli, czego najlepszym przykładem był ten koncert. Bo nie ma co ukrywać, że to właśnie na Bilety większość ludzi przyszła. Były singalongi, szał, zajebisty kontakt z publiką. Muzyka? Prymitywny jak w mordę strzelił punk na bas, perkę, gitarę i wokal. Bardziej Misfits i Ramones niż The Clash, nie mówiąc o Green Day. I słusznie, choć jednak przykład chociażby La Fraction pokazuje, że można melodyjnie i jednocześnie punkowo, bez dawania dupy.

Dlatego stawiam na razie Biletom solidną czwóreczkę, co na pewno świadczy o pewnym progresie od czasu koncertu Die Toten Hosen na Stoczni. I należy też zaznaczyć, że jest to ocena czysto subiektywna.

Bo na dobrą sprawę wydaje się, że nie będzie melodyjniej, bo tak jak jest teraz, tak ma być. Prosto i bez pioseneczkowych ceregieli. Profeska, jaką słychać w muzyce tego kwartetu, nakazuje twierdzić, że to, co oferują Bilety, jest w pełni świadomą propozycją, której nie ograniczają żadne braki techniczne czy brak pomysłu na muzykę. Inna sprawa, że nagłośnienie tego wieczoru nie było po stronie muzyków, przez co też odbiór taki, a nie inny. Niemniej jednak, za solidny 40-minutowy set z killerami pokroju „After 15 Years”, które opatrzone porządną studyjną produkcją mogłyby namieszać w inteligentniejszych mediach, za super klimat (wokalista to wariat!), za po prostu koncert — przybijam panom piąteczkę i czekam na kolejne koncerty, mam nadzieję, że w ciut lepszych warunkach.

Godzina 22.00 i na scenie pojawia się gwiazda wieczoru. Detroit 442, jak sama nazwa wskazuje, pochodzą z miasta Robocopa, Kid Rocka i Eminema. Czyli żadnej punkowej Kalifornii nie będzie. Nie będzie też rapowania, na co mogła też wskazywać prezencja pana wokalisty… Bo widzicie, drogie dzieci, ten koncert był ciekawy pod względem nie tylko muzycznym. Socjologicznym także.

Otóż pan wokalista, w przeciwieństwie do pozostałej trójki muzyków wyglądających jak punkowe relikty, jest czarnoskóry. Czarny jak smoła, masywny, na dodatek z farbowanymi włosami, przez co wygląda trochę jak wokalista Living Colour. To, że czarnoskórzy odnajdują się w gitarowej muzyce jest faktem, o czym świadczą takie zespoły jak wspomniany Living Colour czy Bad Brains. Ale mają to we krwi chyba, że muszą wzbogacić te czady swoistym, typowym dla nich groovem.

Detroit 442 jest w tym wypadku wyjątkiem. To nawet nie bujający The Clash. Wyobrażacie sobie Sex Pistols z czarnym Johnnym Rottenem? Nie? Ja też, do wczoraj. Czyste szaleństwo z tym panem liderem. Wijący się, rzucający, dający z siebie wszystko. Zadziwiające, że między numerami urzekał niskim, „czarnym” głosem, w piosenkach zaś wrzeszczał tak, że nie sposób nie było być pod wrażeniem.

Ale gwoli sprawiedliwości. Pan wokalista to zjawisko. Ale tylko w jego przypadku można mówić o zjawiskowości, jeśli chodzi o tę kapelę. Owszem, jakieś zapamiętywalne smaczki były, czasem coś na kształt melodii, wcześniejsze porównanie do Sex Pistols dotyczy również samej muzyki. Ale tego wszystkiego za mało, by można było wyróżnić spośród zespołów grających na DIY festach. Porównuję, bo mentalnie panom z Detroit chyba właśnie tam najbliżej.

Czyli jednak sympatycznie, acz niezachwycająco. Nie zachwyciła również publika. Zaśpiewy typu „punk rock jest biały” przywołują smutną refleksję, jak bardzo hasło polski punk rock nie ma racji bytu. Bo jak tu stawiać w jednym szeregu aktywistów i inteligencję z DIY festów i debiliadę z tego typu zaśpiewami? Owszem, zawsze i wszędzie istniał podział na tych punków, którym o coś chodzi, jak i na tych pracujących na miano jabol punków. Ale chyba tylko w Polsce tym drugim tak czasem mentalnie blisko do łysego marginesu społecznego (nie określę ich mianem skinheadzi, by nie obrażać tych, którzy wiedzą, skąd się ten ruch wywodzi).

Chyba tylko tutaj punk może pluć na czarnego, żółtego, na innego. „Punk rasista” — dla mnie to brzmi jak paradoks, ale jak widać nie w Polsce.

Żal było patrzeć na to na tyle, że nie dotrwałem do końca występu. Mam nadzieję, że panowie jeszcze kiedyś nas odwiedzą. Oby tylko zestawiono ich z bardziej adekwatnymi kapelami (oczywiście — nie umniejszając Biletom).

 

najlepszy moment: DETROIT 442 – IT GOES 'ROUND

ocena: 6/10