rageman.pl
Film

Babel

rok: 2006

reżyseria: Alejandro Gonzalez Inarritu

Właściwie ostro ostatnimi czasy wyhajpowany film. No bo ten koleś od „21 gramów” (wstyd się przyznać, ale nie widziałem), super ambitny film, na dodatek z Bradem Pittem. No trzeba zobaczyć i już. Nie będę ukrywał, że ta huczna reklama też mnie podkusiła. Ale chciałem przede wszystkim zobaczyć, co robi ten cały Alejandro González Iñárritu (choć być może lepszym rozwiązaniem byłoby wypożyczenie na DVD „21 gramów” lub „Amores perros”).

I już wiem, co robi na pewno. To, co wcześniej zasłyszałem, „Babel” potwierdził: że koleś robi absolutnie genialne formalnie filmy. Po prostu poezja dla oka i ucha.

Przepyszne kolorystycznie, niebanalne ujęciowo, poruszające dźwiękowo. Ile emocji niesie ta jedna, przewijająca się partia gitary hiszpańskiej! Chyba od czasu „Prostej historii” Lyncha nie słyszałem tak potężnej melodii. Smutek, podskórne napięcie, niepewność… i co zastanawiające, ta partia pasuje zarówno do scen pokazujących Hiszpanię, jak i Maroko czy Japonię! Tutaj ktoś powinien zgarnąć jakiegoś Oscara.

No, czyli wychwaliliśmy formę. Teraz przejdźmy do bardziej problematycznej części – treści.

Film dzieli się na trzy (a może i cztery nawet) części, wątki. To też ciekawy zabieg formalny, który, jak pokazał np. „Sezon na leszcza” Lindy, potrafi sprawić trudności. Kolejny punkt dla pana reżysera.

Więc mamy te 3 wątki. Nazwijmy je: marokański, meksykański i japoński.

Marokański, być może najważniejszy: dwóch chłopców bawi się strzelbą, którą ojciec, głowa żyjącej w skrajnej nędzy rodziny, kupił od handlarza. Jeden z chłopców poddaje w wątpliwość funkcjonalność strzelby, więc brat, by mu udowodnić, że się myli, strzela do jednego z autokarów przejeżdżających pobliską drogą.

Kula trafia w amerykańską turystkę, Susan, która wraz z mężem Richardem szuka w egzotycznych warunkach sposobu na ponowne porozumienie się po tragedii związanej ze śmiercią ich dziecka. Autokar dojeżdża do jednego z marokańskich miasteczek. Zaczyna się walka o życie Susan.

Dzieci Richarda i Susan zostały na czas ich wyjazdu pod opieką Amelii. Ze względu na nieoczekiwany splot wydarzeń, Amelia musi się nimi zaopiekować nawet w dniu ślubu swojego syna. Ponieważ wręcz nie wolno jej zostawić dzieci samych, postanawia wziąć je z sobą na ślub. Tak zaczyna się wątek meksykański. Amelii i dzieciom w wyprawie do Meksyku, gdzie odbywa się ślub, towarzyszy bratanek Amelii – Santiago – o dość gwałtownym stylu bycia. Choć ślub jest jedną wielką sielanką, sytuacja zaczyna się komplikować, gdy Amelia z dziećmi i Santiago wraca z powrotem do Stanów.

Wracamy do historii Susan i Richarda. Strzelba, z której postrzelono Susan, należała niegdyś do Japończyka Yasujiro. Yasujiro ma zaś dorastającą córkę i to właśnie ona, głuchoniema dziewczyna chorobliwie poszukująca miłości i czułości, jest bohaterką najciekawszego formalnie wątku japońskiego.

Więc jak widać, trochę tych historii i bohaterów jest. Fabuła jest, i to solidnych rozmiarów. Pytanie tylko – co za jej pomocą reżyser chce nam opowiedzieć?

I tu pojawia się problem.

Wszystkie materiały promocyjne, a przede wszystkim sam tytuł, sugerują, że będziemy się zajmować zagadnieniem komunikacji. I jeśli takie rzeczywiście było zamierzenie autora, to niestety spieprzył sprawę. Owszem, jest rozmowa córki i ojca (Japonia), która wskazuje, że ich relacje nie należą do najlepszych. Jest ledwie zasygnalizowana bariera między Susan i Richardem. Można się pokusić nawet o tezę, że tak naprawdę nie język jest problemem w porozumiewaniu się ludzi. Richardowi łatwiej się dogadać z marokańskimi tubylcami niż z jadącymi tym samym autokarem amerykańskimi turystami, dla których najważniejsza jest ich własna dupa i jak najszybsze wydostanie się z miasteczka kosztem życia Susan. Ta, coś tam nam ta treść sygnalizuje o komunikacji. Ale to wszystko jest zaledwie zarysowane i gdybym nie znał tytułu filmu, nigdy bym go nie nazwał „Babel” ani nijak nie powiązał z komunikacją.

Więc jakbym go nazwał? Może „Przypadek”? „Głupota”? Bo dla mnie właśnie o tym jest ten film. O głupich przypadkach. Czy może nawet – o głupocie ludzkiej, która, a nie żadne fatum, rządzi światem. Jeden nieumyślny strzał dzieciaka spowodował tragedię, a zarazem aferę na skalę międzynarodową. Jedna nierozważna decyzja opiekunki do dziecka spowoduje kolejną tragedię. Jeden zbieg okoliczności prowadzi do drugiego, a my pomagamy, by był tragiczny w skutkach.

Śmieszą mnie opinie w recenzjach, że motyw karabinu wędrującego przez świat jest absurdalny i nierealny. Zapewne piszą je ci, w których świecie wszystko jest uzasadnione i logicznie ze sobą powiązane.

Czyli summa summarum – „Babel” to dobry film. Wykonał swoje zadanie, poruszył mnie, i to solidnie. Niemniej jest to podziw lekko zmącony, bo parę rzeczy nie daje mi spokoju.

Po pierwsze – oddźwięk. Nie sposób nie odnieść wrażenia, że reżyser bardzo chciał zrobić film oscarowy. Nie wybitny, tylko oscarowy. Co nie zawsze idzie w parze. Jak wiadomo, o przyznaniu Oscara nie świadczy (już?) wartość filmu, ale mieszanina chwytającego za wrażliwsze serduszka tematu, napuszenia i dobrej promocji. By dobrze wypromować film, trzeba mieć kim. I tu tkwi pies pogrzebany. Nie wiem, co decydowało o zaangażowaniu Brada Pitta. Może chodziło o przypomnienie, że grał (i to świetnie!) w filmach typu „Dwanaście małp” czy „Fight Club”, które blockbusterami nie miały być i nie były? Tylko że gdy kręcono te filmy, Brad Pitt był nieszablonowym aktorem, zawieszonym między sztuką a czystą komercją. Teraz mamy zaś bohatera tabloidów i filmów typu „Pan i pani Smith”. I „Babel” reklamuje się w tych okolicznościach jako „film z Bradem Pittem w nietypowej roli”. Nietypowość tej roli polega na tym, że właściwie jej nie ma. Nie, inaczej – aktora w niej nie ma. Bo sama postać Richarda często się przewija, ale nie ma w niej emocji ani zaangażowania. Skończyło się tak, że jest tłem dla innych aktorskich majstersztyków.

I nie mam tu na myśli Cate Blanchett (Susan) czy nawet Gaela Garcíi Bernala (Santiago), którzy i tak wypadają lepiej. W przypadku Blanchett można wręcz mówić o paradoksie: w roli półżywej Susan wypada lepiej niż biegający na lewo i prawo zatroskany Brad Pitt. Bernal poniżej pewnego poziomu nie schodzi, ale nie jest to rola, którą będzie się pamiętać długo, zwłaszcza gdy w pamięci mamy jeszcze genialne „Złe wychowanie” i „I twoją matkę też”.

Uważam, że forsowaniem w reklamówkach wyżej wymienionych gwiazd zrobiono wielką krzywdę tym, którzy stworzyli w tym filmie role wybitne. Przede wszystkim niejakiej Rinko Kikuchi w roli głuchoniemej Chieko. Stworzyć tak przekonującą rolę bez słów, samymi gestami, ociera się o geniusz. I nawet jeśli wątek japoński najbardziej się odróżnia od pozostałych, grzechem byłoby go skracać. Właśnie ze względu na tę rolę.

Również bezdyskusyjny szacun należy się pani Adrianie Barrazie za rolę Amelii, opiekunki do dziecka Richarda i Susan. To ona jest bohaterką wątku meksykańskiego. Tylko i wyłącznie ona.

No i dla mnie emocjonalna esencja filmu: rodzina marokańska. Jednocześnie sprawcy i ofiary tej tragedii stanowiącej oś filmu. I właśnie ta dwoistość jest, obok historii Chieko, najbardziej poruszającym elementem tego filmu. Niestety, to, że zagrał w nim Brad Pitt, wie każdy, kto nawet o filmie nie słyszał. Ale dowiedzieć się, kto grał ojca tej marokańskiej rodziny, już chyba nie będzie dane. W takich sytuacjach można znienawidzić marketing i jego oszukaństwo.

No i właśnie czas chyba zakończyć ten wywód. Więc tak: formalnie – ocena celująca. Temat i treść – ocena przynajmniej bardzo dobra. Jak widać, o tym filmie można by pisać długo. Problem pojawi się dopiero wtedy, gdy ktoś nas spyta – o czym jest ten film? I tu pojawiają się całkiem spore schody. Bo nie wiem tak do końca, o czym był ten film, w jednym zdaniu. Nie wiem, jaka była myśl przewodnia. Z komunikacją nie wyszło, a tak na dobrą sprawę motywu alternatywnego nie ma. I to sprawia, że zamiast być filmem wybitnym, „Babel” jest tylko filmem bardzo dobrym. Tylko? Mimo wszystko wolę „niezupełnie zajebiste filmy” niż choćby najlepsze kino rozrywkowe. No chyba że mowa o Batmanie lub głupawych komediach.

najlepszy moment: WYJĘTE Z KONTEKSTU, ALE…

ocena: 7,5/10