Truman Show
rok: 1998
reżyseria: Peter Weir
This is it. Dotarliśmy tu. Najwspanialszy film Petera Weira.
Nie owijając w bawełnę – „Truman Show” to był dla mnie główny punkt tegorocznego programu Timeless Film Festival. Owszem, były inne wspaniałe filmy, których wcześniej nie znałem i móc odkryć je dla siebie było największym profitem. „Truman Show” znam może nie tyle doskonale, ale bardzo dobrze i to praktycznie od czasu premiery kinowej. Zobaczyć go jednak w Jedynym Słusznym Miejscu do Oglądania Filmów, czyli w sali kinowej, a jednocześnie obejrzeć go z dojrzalszej o te prawie 30 lat perspektywy – to była jednak zupełnie nowa jakość. Przede wszystkim jednak mówimy o filmie, który najzwyczajniej w świecie kocham. I tegoroczny seans tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że całkiem mądrze to uczucie ulokowałem. Z kilku przynajmniej powodów.
Zacznijmy od poziomu fundamentalnego – to po prostu kawał świetnego Kina. Zawężając perspektywę już tylko do filmów Weira – przy wielu z nich trzeba wziąć poprawkę na to, w jakich czasach powstały. A to niedomaga aspekt techniczny, a to aktorzy grają w dość manieryczny, oldschoolowy sposób, akcja też się wydaje nienaturalnie rozwleczona w porównaniu do dzisiejszych standardów. To oczywiście nie obniża jakości tych filmów, ale może odrzucić tych widzów, którzy chcą mieć zwyczajną przyjemność z oglądania filmu, na który poświęcają swój cenny czas. „Truman Show” absolutnie żadnego remake’u nie potrzebuje i można by go pokazywać w multipleksach i dziś. I tak, jest to coraz rzadszy przykład filmu łączącego (spełnione) artystyczne ambicje i masową atrakcyjność. Zresztą, o czym my tu mówimy – ile znacie filmów z Jimem Carrey’em, do których muzykę napisał Philip Glass (a w których da się też usłyszeć Kilara i Chopina)? Oczywiście nie zapominam o wielu ambitniejszych dziełach odtwórcy Ace Ventury, których prawdopodobnie by nie było gdyby nie „Truman Show”. Sam uważam za skandaliczny brak nominacji dla Kanadyjczyka za rolę w filmie Weira, ale to co uderzyło mnie w tegorocznym seansie „Trumana” to to, z jaką łatwością Carrey gra tę rolę sympatycznego, a zarazem pogubionego normika. Tak jakby nie grał jej wcale, tylko po prostu był sobą. Tu więc trzeba też ukłonić się przed geniuszem Weira który, jeśli wierzyć internetom, nie chciał do tej roli nikogo innego i wolał wstrzymać produkcję filmu, aby tylko Carrey wywiązał się z innych zobowiązań filmowych.
Teraz przejdźmy do znaczenia globalnego. Swego czasu jedno z czasopism traktujących o nauce i technologii stworzyło listę dziesięciu najbardziej profetycznych filmów science fiction. Obok „Łowcy androidów” i „Raportu mniejszości” znalazł się tam też… tak, „Truman Show”. Nie trzeba chyba tłumaczyć z jakiego powodu, ale jeśli ktoś nigdy nawet nie słyszał o „Truman Show”- to był film, który nie tylko przewidział (niektórzy wręcz twierdzą, że zainicjował) zjawisko znane jako reality show. On przewidział to, jak bardzo rozwinie się nasz pierdolec na punkcie życia innych ludzi. I nie mówimy tu bynajmniej wyłącznie o celebrytach – poświęcamy godziny naszego czasu by dać się ponieść TikTokowym algorytmom i oglądać ludzi którzy prześcigają się w coraz bardziej żenujących pomysłach na to, jak wyróżnić się z tłumu. Kiedyś ucieczką od rzeczywistości była sztuka, w pewnym momencie pojawiły się Simsy, Second Life, dające chociaż możliwość wpływu na swoje drugie, alternatywne życie. Ale i to się okazało za wysokim progiem, więc teraz oglądamy coraz większych patusów i ludzi nie mających nic sensownego do powiedzenia.
Ale tych kontekstów i płaszczyzn interpretacyjnych „Truman Show” jest znacznie, znacznie więcej. Niektóre mi bliższe, niektóre dalsze. Od zawsze podejrzewałem, że nie tylko ja po obejrzeniu filmu Weira zacząłem się zastanawiać nad otaczającym mnie światem, a mówiąc dosadniej – na ile jest on realny. Dziś się dowiedziałem, że ma to nawet swoją naukową nazwę – Syndrom Trumana. I jest to poważniejsze zagadnienie niż mogło by się wydawać, bo mocno ocierające się o schizofrenię. U mnie na szczęście tak źle nie było, ale przecież ta rozkmina to nic innego jak pochodna rozterek na temat teorii spiskowych, tego, czy jesteśmy sami we wszechświecie lub czy nie jesteśmy może adoptowani. Ale pytania zadawanych przez „Truman Show” można by mnożyć. Szczęście czy Prawda? Wolna wola czy wszystko w rękach Demiurga?
Największą, według mnie, wartością Sztuki, a w szczególności filmów które bezpośrednio traktują o życiu i świecie, jest to, kiedy realnie wpływają na trajektorię życiowego lotu, kiedy znacząco korygują postrzeganie świata. Takich filmów w moim życiu nie ma wiele. „Truman Show” się do tej grupy zalicza. Ale film, który zarówno wpływa na losy poszczególnych osób, jak i dokłada cegiełkę do rozwoju cywilizacyjnego i technologicznego, to już prawdziwy unikat. Dlatego ocena nie może być inna.
najlepszy moment: FINAŁ
ocena: 10/10