rageman.pl
Film

Auta

rok: 2006

reżyseria: John Lasseter

 

Nowy film z wytwórni Disneya, a konkretnie — Pixara. Czyli twórców „Toy Story”, „Gdzie jest Nemo” czy „Iniemamocnych”. Tym razem głównymi bohaterami są nie zwierzątka, nie zabawki, a… samochody. Ktoś by pomyślał, że trudno widzowi, zwłaszcza temu starszemu, identyfikować się z tego typu bohaterami. Pixar kolejny raz dokonał na tym polu cudu. Ale od początku.

Główny bohater nazywa się Zygzak McQueen i jest samochodem wyścigowym. Jak na debiutanta osiąga zaskakująco wiele — wygrywa wszystkie wyścigi i właśnie stoi przed szansą, by jako pierwszy debiutant wygrać wyścig, w którym główną nagrodą jest Złoty Tłok. Nagroda tak upragniona przez samochody wyścigowe, jak Oscar przez aktorów.

Niestety okazuje się, że nasz główny bohater jest zbyt zdeterminowany, by osiągnąć tę nagrodę. Nawet po trupach. Objawia się nam więc jako niesamowity burak, który ma w dupie wszystkich i liczy się dla niego tylko popularność, nagroda i zajebisty sponsor. Pycha i pewność siebie doprowadza go do tego, że pomimo ostrzeżeń swojej ekipy nie zmienia w trakcie wyścigu opon. Co może zakończyć się tylko w jeden sposób. Tuż przed samą metą rozjebują mu się te opony, przez co zamiast wygrać wyścig cudem dojeżdża do mety. Następuje potrójny remis i zarządzona zostaje dogrywka tydzień później w innym miejscu.

Jak już wspomniałem, Zygzak jest egoistą w chuj i każe jadącej z nim ciężarówce, pomimo iż jest późna noc i ciężarówce chce się spać (!), jechać dalej. Oczywiście musi się to skończyć źle. I się kończy. Ciężarówka gubi Zygzaka, ten próbując ją dogonić przekracza dozwoloną prędkość i uciekając przed wozem policyjnym demoluje przy okazji małe miasteczko na zadupiu. Schwytany, decyzją sądu ma za karę naprawić zniszczoną przez niego drogę prowadzącą przez owo miasteczko.

W miasteczku zaś tym Zygzak przekonuje się, że są inne ważniejsze rzeczy niż sława i pieniądze. Przyjaźń, poświęcenie, miłość, blablabla, wiadomo. No ale to animacja bądź co bądź głównie dla dzieci, co nie.

I ja takie lubię.

Chociaż główny morał bajki, czyli „zwolnij! życie to podróż, nie wyścig!” jest wyłożony wręcz łopatologicznie, to zajebiście jest obejrzeć sobie taki ultrapozytywny, nieobciążający film. Inna sprawa, że w filmach takich humor, zarysowanie osobowości postaci czy rozwój głównego bohatera wypada lepiej i bardziej przekonująco niż w niejednym filmie dla dorosłych. Zwłaszcza polskim…

Jako że to Disney, humoru bardziej kierowanego do dorosłego widza jest mniej niż w „Shreku” czy „Madagaskarze”, niemniej da się wyłapać takie momenty, które mogą powalić humorem nawet takiego starego pryka jak ja heh. Np. scena z robienia sobie jaj z ciągników — no po prostu masakra.

Tak samo pełne humoru są konkretne postaci, jak z czasem najlepszy przyjaciel Zygzaka, czyli zardzewiały grat Złomek czy pochodzący z Włoch maniak Ferrari Luigi i jego asystent, nie odzywający się ani słowem Guido. Czy hippis (puszczanie hymnu amerykańskiego w wykonaniu Hendrixa codziennie rano rulez) Ogórek. Naprawdę, jedna postać ciekawsza od drugiej. A przypominam — przecież mówimy o filmie dla dzieci, na dodatek z samochodami w roli głównej!

Zanim więc zapadnie ostateczny werdykt, to jeszcze słowo o dwóch kwestiach.

Po pierwsze — muzyka. Wyjątkowo sympatyczne kawałki dało się słyszeć w trakcie filmu. Zarówno piosenkowe, jak i instrumentalne. Czasem wręcz pachniało Badalamentim, choć to nie on był odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową. Jeśli zaś chodzi o piosenki, to wyjątkowo wpadła mi w ucho piosenka w wykonaniu Sheryl Crow. Cóż, nie jest to to, co rejdżmeny lubią najbardziej. Choć z drugiej strony zdziwiłbym się słysząc w takim filmie Slayera heh.

Druga zaś kwestia — dubbing. Nie mamy tu rewelacji na miarę niedoścignionego „Shreka”. Ale wreszcie mam wrażenie, że za dubbing w tym kraju zabrali się zawodowcy. W roli głównej, czyli Zygzaka, mamy Piotra Adamczyka, czyli naszego filmowego Chopina i Jana Pawła II. Nie do końca lubię tego aktora, choć głos ma dopasowany dobrze do charakteru postaci — nie chodzi o komediowy głos, a głos zwyczajny, taki jaki w gruncie rzeczy zwyczajny jest ten główny bohater.

Natomiast inne postaci to już działka komediowa. Witold Pyrkosz („M jak miłość” ehehe) jako Złomek wypada kapitalnie. Jerzy Kryszak w roli hippisa Ogórka jest nie do poznania wręcz, bo bardziej brzmi jak przecpany staruch i w niczym nie przypomina głosu, który niegdyś parodiował z brawurą Lecha Wałęsę. Krzysztof Kowalewski (no wiadomo, „Miś” czy „Ogniem i mieczem”) w roli szeryfa wypada tak jak zawsze. To jest koleś już wprawiony w rolach komediowych i dubbingu, więc nie ma zaskoczenia.

Równie dobrze wypadają Stanisława Celińska w roli Loli czy Damian Damięcki w roli Romana. No i mój faworycik, czyli Artur „Norek” Barciś jako Luigi.

A przy tym mamy też i bohaterów poważniejszych, więc i głosy poważniejsze. Dorota Segda („Na dobre i na złe” heh) w roli ukochanej Zygzaka — Sally — wypada tak jak powinna wypaść: kobieco, ale bez żadnych erotycznych wrzutów. Zaskakuje sama obecnością w takim filmie Daniel Olbrychski. Ale że na niego przypada poważna rola Doca Hudsona, późniejszego mentora Zygzaka, więc trzeba było do niej poważnego głosu. Olbrychski wypada w niej tak dobrze jak w filmie aktorskim. Czyli bez zarzutu.

Mamy też Adama „Złotopolscy” Ferencego w roli głównego bad guya filmu — konkurenta z toru wyścigowego Marka Maruchy — wypada przekonująco. A w epizodach słyszymy jeszcze głosy Piotra Gąsowskiego, Roberta Rozmusa czy nawet misjonarki Martyny Wojciechowskiej. Jest okej. Nie trzeba oglądać oryginalnej wersji z głosami Owena Wilsona, Paula Newmana czy Cheecha Marina.

Okej, podsumowanie. Here it is.

Wprawdzie na początku film był jakiś taki niemrawy. To zaczął się rozkręcać w tempie szybszym niż samochody wyścigowe biorące udział w filmowym wyścigu. Nie chcę porównywać do poprzednich filmów Pixara. Więc jeśli podobały Wam się te filmy, to koniecznie obejrzyjcie „Auta”. Jeśli nie widzieliście, to też możecie obejrzeć „Auta”. Powinniście się przekonać.

 

najlepszy moment: LUIGI

ocena: 7,5/10