rageman.pl
Muzyka

System of a Down

gdzie: PGE Narodowy, Warszawa

kto: System of a Down, Queens of the Stone Age, Acid Bath

I cyk, lista zespołów (/artystów/artystek) do zobaczenia przynajmniej raz w życiu pomniejszyła się o kolejną pozycję i muszę nieśmiało przyznać, że coraz bliżej do całkowitego wyczerpania puli. Są (lub byli) na tej wishliście wykonawcy mniej lub bardziej bliscy mojemu sercu, jednak szczególne miejsce na niej od zawsze zajmowali reprezentanci nu-metalu.

Po latach błędów i wypaczeń (co też niestety znalazło odzwierciedlenie w sporej ilości ocen i recenzji na tych blogu pod płytami z tego gatunku – ale taki był wtedy klimat, poza tym nie chce już mi się ich zmieniać) przyznaję z dumą, że to mój najukochańszy gatunek muzyczny. Czy sporo w nim paździerzu? Ależ oczywiście, jak zresztą w każdym nurcie muzycznym który miał swoje pięć minut sławy. Ale kocha się w pierwszej kolejności pomimo wad, a nie za zalety. I mimo wszystko zawsze większą przyjemność sprawi mi słuchanie obiektywnie-nie-za-dobrego numetalowego bandu niż ulubieńca krytyków muzycznych, który zupełnie nie trafia w moją wrażliwość. Koniec końców w słuchaniu muzyki, czy też obcowaniu ze sztuką in general, chodzi o to by przyspieszała bicie serca, a nie usypiała.

Ale dziś na szczęście będzie o zespole, który nie każe wybierać między sercem a rozumem, choć oczywiście nawet i on ma swych antagonistów. Jestem na tyle stary, by pamiętać czasy debiutu System of a Down. Już na tapecie był Korn i Deftones, a dzięki grupom internetowym (core-pl na zawsze w serduszku) i imprezom w kultowym Orbitalu czy Kwadratowej można było trzymać rękę na pulsie nowego, ekscytującego zjawiska jakim był wspomniany już nu-metal. I choć końcówka lat 90-tych obrodziła w debiuty zespołów, które już wkrótce zawładnęły masami – jak Limp Bizkit czy Slipknot – to jednak najwspanialszy start zaliczyli oni, czwórka Ormian którzy natrafili na siebie na Zachodnim Wybrzeżu. Debiutancki album do dzisiaj uważam za ścisłą czołówkę nie tylko w gatunku, ale w całym moim muzycznym życiu. Energia godna największych elektrowni, riffy jak spod ręki Slayera w ich peaku kreatywności, otumaniające skoki dynamiki, no i to co wyróżniało najbardziej wśród konkurencji, czyli egzotyczne wpływy zgodne z pochodzeniem muzyków. Pamiętam, że na wspomnianym core-pl życzyliśmy sobie światowej dominacji SOAD, choć w tamtym czasie wydawało się to równie realne co wygranie w totka kilka razy z rzędu. A zwłaszcza w Polsce – tu oczywiście na myśl przychodzi osławiony już pierwszy koncert Ormian w Spodku na supporcie Slayera, którego fani, delikatnie rzecz ujmując, nie poznali się na talencie przyszłych autorów „B.Y.O.B.”.

Ale potem, tj. w 2001 roku (a dokładniej tydzień przed 9/11, co nie było bez znaczenia dla historii albumu jak i zespołu) pojawił się „Toxicity”. A odrobinę wcześniej pilotujący album singiel „Chop Suey!”. I świat oszalał, zarówno na punkcie singla (dwa miliardy odtworzeń na Spotify, prawie drugie tyle na YouTube), jak i albumu, dziś powszechnie uznawanego za jedno z najważniejszych i najlepszych dokonań muzyki gitarowej w XXI wieku. I choć zawsze już będę stawiał najwyżej s/t, to naprawdę trudno coś zarzucić płycie, która ma takie utwory jak „Aerials”,”Prison Song” czy tytułowy. Formuła doprowadzona do perfekcji. Ale też, jak się miało później okazać, formuła którą można zepsuć. O ile „Steal This Album!” trudno się czepiać skoro w zamyśle to miał być zbiór b-side’ów o mikstejpowym charakterze, tak zamykającemu albumową dyskografię zestawowi „Mezmerize”/”Hypnotize” alibi brak. Podwójny album (nawet jeśli dni premier obu krążków dzieliło kilka miesięcy) niemal zawsze grozi nierównym poziomem tracków, tu jednak zawinił przede wszystkim konflikt ambicjonalny między dotychczasowym frontmanem i głosem zespołu, Serjem Tankianem, a coraz bardziej dominującym na kompozytorskim polu i przywłaszczającym także mikrofon Daronem Malakianem. Konflikt, który zaowocował patową sytuacją i impasem twórczym trwającym do dziś, nie wliczając wydanego kilka lat temu maxisingla „Protect the Land/Genocidal Humanoidz”, zresztą motywowanym względami charytatywnymi (oczywiście powiązanymi z Armienią) aniżeli artystycznymi.

Co jednak ciekawe, „emerytura” twórcza nie oznaczała przerwy w koncertowaniu, a wręcz przeciwnie – dopiero w zeszłej dekadzie zespół postanowił po latach wrócić na „wrogi” polski teren, najpierw w 2013 roku do łódzkiej Atlas Areny, a zaledwie cztery lata później na Impact Festival w Krakowie. Więc to nie jest tak, że był to najbardziej wyczekiwany koncert w Polsce – choćby sam Deftones kazał czekać na siebie aż 15 lat, po pierwszym koncercie nad Wisłą. Dlatego nawet jeśli Stadion Narodowy dawno przestał być już twierdzą nie do zdobycia, to jednak pomysł zorganizowania tam koncertu takiego zespołu jak System of a Down wydawał mi się dość szalony. O ja niewierny! Nie dość że wyprzedali jedną datę, to wkrótce Live Nation dorzucił drugą datę – którą także wyprzedali. Ostatnimi czasy dość mocno przestrzela ze swoimi eventami (opisywany niedawno Foo Fighters, ale też inna nu metalowa potęga, Limp Bizkit, miała spore problemy z zapełnieniem Tauron Areny), ale w przypadku SOAD mieli nosa.

Choć po prawdzie sam SOAD znacznie dopomógł. Tym, że wielu tych koncertów w Europie nie rzucił (dało się przez weekend na Narodowym usłyszeć sporo języków obcych), ale przede wszystkim… swoim lenistwem. Czy Tankian z ekipą tworzą muzykę o większym polu rażenia niż Slipknot, Korn czy Deftones? Wcale bym tak zdecydowanie twierdząco nie odpowiedział. A jednak przez to, że mówimy tu o zespołach regularnie koncertujących i równie aktywnych wydawniczo, bilety na ich koncerty nie są aż tak hot towarem. Ba, możliwe że nawet Linkin Park, wciąż wykręcający największe liczby z całego nu towarzystwa (czy to wciąż nu metal to już inna sprawa, ale korzenie ewidentnie zobowiązują) niekoniecznie dokonałby na Narodowym tego co Ormianie. Niesamowitą drogę przeszli ci kolesie. A wraz z nimi ja.

Widzimy się więc w 2026 roku na Stadionie Narodowym, wypełnionym po brzegi ludźmi. Zarówno t-shirty, jak i przekrój wiekowy wskazuje na przeróżne backgroundy uczestników. Są ci, którzy przyszli na Rockowe Legendy (przy czym, w przeciwieństwie do wspomnianych Deftonesów, tutaj legenda nie jest napędzana przez TikToka), ale też ci, którzy doskonale pamiętają rockoteki przetańczone do „B.Y.O.B.”, „Chop Suey!” czy nawet „Sugar”. Zresztą, tych gitarowych klasyków było tego dnia nawet więcej. Bez rozpisywania się, bo i tak już ten wpis ma absurdalne rozmiary – dawno na Narodowym nie było tak dobrych zespołów w roli supportów, ostatni raz bodajże The Mars Volta i Iggy Pop przed Red Hot Chili Peppers. Najpierw reaktywowany jakiś czas temu, kultowy dla wszelkiej maści stonerowców i sludge’owców Acid Bath. Pyszne granie które spokojnie mogłoby wylądować na Mystic Festivalu. Tak się jednak nie stało i pierwszy koncert panowie zaliczyli w takich a nie innych okolicznościach. Dodajmy też od razu – bardzo deszczowych. O ile w sobotę popołudnie było deszczowe, dzięki czemu koncert wieczorem mógł przebiec w dość letnim klimacie, tak w niedzielę pogoda obrała przeciwny front – jak zaczęło lać na drugim utworze Acid Bath, tak już nie odpuszczało praktycznie do końca występu SOAD. Błagałem by chociaż nie jebło burzą po której trzeba byłoby przerywać koncert, co przy aktualnych anomaliach pogodowych nie byłoby takie nerealne. Tak się na szczęście nie stało, niemniej największą ofiarą padł drugi z supportów. Queens of the Stone Age widziałem już czwarty raz, dzięki czemu wskoczyli na pierwsze miejsce (ex aequo z Toolem) najczęściej widzianych przeze mnie na żywo kapel. Dzięki czemu ta ulewa w trakcie ich setu nie bolała aż tak, choć i tak wyobrażałem sobie spotkanie po ośmiu latach znacznie lepiej. Bo też sam Homme z ekipą się mocno postarali – jak zaczęli „Regular Johnem” z debiutu, a poprawili „The Lost Art of Keeping a Secret” z „Rated R”, to mało co nie zszedłem z wrażenia, licząc na to, że może grając w tak metalowych okolicznościach postawią na jednak mocniejsze brzmienia z wczesnych płyt. Nie do końca tak się stało, ale finałowa wiązanka z „Songs for the deaf” – „Go With the Flow”, „No One Knows” i „A Song for the Dead” – w pełni usatysfakcjonowała i udobruchała.

QOTSA w godzinę zagrali około dwunastu piosenek, a przecież panowie lubią w improwizacje i delektowanie się dźwiękiem. Jak to więc będzie z SOAD, którym bliżej do punkowych temp niż prog rockowych odlotów?

Dwie godziny. Trzydzieści piosenek. Obie te liczby dotyczą zresztą obu koncertów. Przy takich liczbach trudno mówić o jakichś rażących niedopatrzeniach setlistowych. Dość powiedzieć, że „Toxicity” na jednym i drugim koncercie miał dziesięcioutworową reprentację. Kluczową informacją jest jednak to, że setlisty obu koncertów w nieznacznym stopniu, ale jednak różniły się – co każe żałować, że jednak nie pokusiło się o zakup biletów na oba koncerty. I tak np., jeśli chodzi o „Toxicity”, w niedzielę zamiast spokojniejszego „ATWA” dostaliśmy petardę (powstałą zresztą w czasach debiutu, ale schowaną wtedy do szuflady) w postaci „X”, który to też posłużył za opener koncertu. A skoro mowa o debiucie, bo nie będę ukrywał że utwory z tego albumu chciałem najbardziej usłyszeć… To, że zakończą koncert „Suger” było pewne, bo tak robią właściwie od początku istnienia. Ale co poza tym? Niestety, w niedzielę nie dostałem zagranego dzień wcześniej ukochanego „Spiders”. W ramach pocieszenia zamiast pięciu mieliśmy o jednego reprezentanta debiutu więcej, w tym „War?”, który w Polsce grali ostatni raz podczas wspomnianego supportowania Slayera. Jeśli zaś chodzi o reprezentantów pozostałych albumów to będąc zupełnie szczerym – tu nie miałem żadnych preferencji. Fajnie było usłyszeć „B.Y.O.B.” (poprzedzony intro z „Soldier Side”), „Violent Pornography” czy dające chwile wytchnienia „Lost in Hollywood” i „Lonely Day”, ale jeśli zamiast nich zagraliby więcej piosenek z dwóch pierwszych albumów to zdecydowanie by mnie nie bolało. Żeby nie było – to nie są złe albumy, po prostu dwa pierwsze są Wybitne.

Co zapamiętam z tego koncertu? Przede wszystkim dreszcz wywołany przez cały stadion śpiewający refren „Chop Suey!”. Moment który zostanie na zawsze. Pogo przy „Toxicity” – całkiem możliwe, że nigdy Narodowy nie doświadczy tylu moshpitów co przy tym utworze. Zapamiętam przede wszystkim sam zespół – w kapitalnej formie, tak wykonawczej, ale też jeśli chodzi o relacje między panami. Czy te uściski na sam koniec były czymś więcej niż pokazówką tudzież podziękowaniem dla siebie samych za dowiezienie trasy do końca (koncerty w Warszawie były ostatnim przystankiem)? Chcę wierzyć, że tak. Bo też sami w wywiadach od lat mówią, że brak nowej muzyki wynika głównie z różnych wizji artystycznych, a nie kwasów personalnych (co nie znaczy, że takowe im się ostatnio nie zdarzały).

Było coś wzruszającego widzieć tych czterech kolesi w uścisku, przy padającym wciąż deszczu i wyłączonych telebimach. Był to tryumf poczucia wspólnej misji ponad różnicami – artystycznymi, personalnymi, także światopoglądowymi (perkusista jest zagorzałym zwolennikiem Trumpa, reszta zaś dość mocno lewicująca). Ale też – choć to moja tylko teoria – tryumf nu metalu jako gatunku. Dziś przeciwnicy nurtu próbują nam 'wyrwać” SOAD, ale nie damy im. System of a Down to jeden z najwspanialszych okazów cudownej rozpiętości stylistycznej nu metalu i tenże okaz, kiedyś obrzucany czym popadnie przez slayerowych tru metali, dziś wypełnia dwa razy stadion. Między innymi przez kolesi w koszulkach Slayera. Piękny moment, piękny wieczór (a nawet wieczory), piękna podróż.

najlepszy moment: chciałbym wskazać SUGAR, ale obiektywnie to duet CHOP SUEY! i TOXICITY

ocena: 9,5/10