rageman.pl
Muzyka

Lost Generation Festival 2026

gdzie: Tauron Arena, Kraków

kto: The Offspring, Papa Roach, The Rasmus, Hollywood Undead, Lagwagon

W ciągu jednego czerwcowego tygodnia odbyły się na polskiej ziemi dwa festiwale które, mam nadzieję, zostaną z nami na lata. Gdyż oba zagospodarowują niszę skandalicznie dotychczas zaniedbywaną, jeśli chodzi o polski rynek festiwalowy. Dziś o o pierwszym z nich.

Kojarzycie Warped Tour? Jeden z najdłużej odbywających się (to fakt) i najbardziej legendarnych (to opinia) festiwali muzycznych w Stanach Zjednoczonych, dedykowany szeroko pojętej kulturze punkowej, choć też zahaczający często i gęsto o inne tereny muzyczne – metal, hiphop czy też po prostu rock alternatywny. Godzący jednocześnie punkowe ideały oraz wymogi komercyjnego rynku (choć wielu wykonawcom z tej pierwszej niszy niespecjalnie ten rozkrok odpowiadał), prawdopodobnie jedyne wydarzenie muzyczne które w jednym roku potrafiło gościć Black Eyed Peas i hardcore’owców z Agnostic Front. OK, wprawdzie przed sukcesem komercyjnym tych pierwszych, ale chodzi o załapanie zakresu zainteresowań. I choć gdybym miał wybrać jeden z festiwali amerykańskich w którym chciałbym uczestniczyć byłby to zdecydowanie nieodżałowany Ozzfest, tak już Warped byłby na pewno drugim wyborem. Ozzfest zawitał swego czasu do Polski (w okrojonej wersji, ale wciąż), Warped nie dotarł do Europy kontynentalnej nigdy. Aż do 16-ego czerwca tego roku.

OK, pod inną nazwą i organizowany przez zupełnie innych ludzi, ale jestem przekonany, że włodarze Warped dali by znak jakości ekipie, która zorganizowała pierwszą edycję Lost Generation Festival. Choć po prawdzie już przed festiwalem można było być spokojnym o to, że temat zostanie dowieziony – wszak za LGF odpowiadają ci sami ludzie, którzy od lat pięknie organizują nam Mystic Festival.

Oczywiście jakieś drobne obawy można było mieć. Ot, choćby taką, która towarzyszy każdemu festiwalowi na świeżym powietrzu, czyli o pogodę. O ile drobne opady dzień wcześniej nie zabiły klimatu koncertu Foo Fighters na Narodowym, tak już w przypadku takiego festiwalu jak Lost Generation, gdzie poza koncertami drugą połową sukcesu miały być atrakcje towarzyszące, wszelkie załamanie pogody mogłoby zwyczajnie pogrążyć całość. Zwłaszcza że mówimy o evencie, który miał przenieść nas choć na jeden dzień bliżej kalifornijskiego słońca i każda kropla deszczu owocowałaby dysonansem poznawczym (piszę te słowa w momencie, gdy kolejny dzień zdycham z gorąca i jedyne o czym marzę to solidna ulewa).

A o jakich atrakcjach mówimy? Jeśli tak jak ja spędziłeś kluczowe lata młodości zarywając nocki przy pierwszych grach z serii „Tony Hawk’s Pro Skater” (czyli mówimy o przełomie wieków), to Lost Generation był kierowany właśnie do Ciebie i mam nadzieję, że go nie przegapiłeś. Oczywistym było, że skoro muzycznie lawirujemy głównie w okolicach amerykańskiego wydania punk rocka, to pojawi się wątek skateboardingowi. I tak też się stało – dla śmiałków (choć patrząc na poziom uczestników raczej obstawiałbym, że ściągnięto profesonalistów) oraz fanów obserwowania takich rozrywek postawiono rampę, z adekwatną muzyką (czytaj – a’la soundtrack do wspomnianego „Pro Skatera”) muzyką przygrywającą w tle i moderatorem zmagań komentującym je przez mikrofon. Dla fanów zdrowej sylwetki była jeszcze opcja pogrania w kosza, mnie jednak najbardziej przekonał drugi kierunek jaki organizatorzy obrali przy projektowaniu imprezy – czyli połączenie gamingu z klimatem retro. Dla tych, którzy nie mogą odżałować Pixel Heaven namiastka tego klimatu czekała w Krakowie – wielki hangar z pinballami, arcade’ami, starymi konsolami i oczywiście staruszkami pokroju Atari i Amigi. Popykać w Tony’ego Hawka a potem usłyszeć te utwory z soundtracku na żywo? Pełnia szczęścia.

Oczywiście nie zabrakło tradycyjnych elementów typu merch (także stricte dedykowany festiwalowi – rozważałem, ale odpuściłem jak okazało się, że nie można wnosić plecaków, za co pierwszy minus – drodzy organizatorzy, ja rozumiem że to tylko jeden dzień festiwalu, ale wciąż to festiwal, całodzienny; no miejcie litość) i strefa gastro (za co niestety drugi minus – raz, że było tego za mało i od pewnego momentu zwyczajnie nie było już czego kupić do jedzenia, a dwa to jakościowo nie było to najlepsze, wszystko od jednego dostawcy i mimo różnych opcji smakowało to praktycznie tak samo). Sympatyczną opcją było też to, że przed rozpoczęciem „właściwej” części muzycznej czas festiwalowiczom umilał (głównie „tematycznymi” coverami) nasz nadworny reprezentant kalifornijskiego punka, pochodzący zresztą z Krakowa C98. Żałować mogą ci, którzy później już nie wychodzili z Tauron Areny (czyli np. ja) – niespodziankowy mini gig zagrali na zewnątrz sami The Offspring. I w sumie byłoby miło, gdyby w przyszłości ewoluowało to w drugą scenę – niezależnie czy festiwal zostanie w Tauron Arenie czy przeniesie się na bardziej festiwal-friendly teren. Czemu bym kibicował, bo z jednej strony arena to jednak gwarancja dobrego dźwięku i uniezależnienie od warunków pogodowych, ale z drugiej mimo wszystko mało atrakcyjne i dość betonowe te okolice areny. Niech nawet już zostanie fest w Krakowie – pewnie, że wygodniej byłoby mieć go w Warszawie czy Trójmieście, ale my już mamy na co chodzić, a po upadku Kraków Live Festivalu i marnych prognozach na rozwój Impact Festivalu byłej stolicy Polski przyda się tego typu wydarzenie.

Wyczerpaliśmy wątki poboczne, czas na danie główne. Choć to tylko jeden dzień festiwalowy (kibicujmy, by już od najbliższych edycji doszły kolejne dni), to działo się sporo. Przede wszystkim jedno spełnione marzenie koncertowe od lat i na które głównie przyjechałem do Krakowa. Bonusowy koncert, który może jako solowy gig by mnie nie przyciągnął do siebie, ale przecudownie się stało, że trafił do programu festiwalu. No i kilka przystawek o różnej jakości, ale cieszę się, że miałem okazję się z nimi skonfrontowąć. Dlatego zapnijcie pasy, bo do końca relacji daleka droga.

Lagwagon – zaczynamy od zespołu, który chyba najlepiej z całego line-upu uosabiał skate punkowy aspekt osobowości Lost Generation Festival. Amerykanie z Lagwagon to legenda tego stylu, która nigdy nie doczekała się mainstreamowego sukcesu, ale szacun mają niemal na każdej dzielni – także wśród zespołów, które występowały później. Czy te piosenki niewiele się od siebie różnią? Raczej tak. Czy wokal nie domagał? Oj, no raczej też. Czy to ważne? Zdecydowanie nie. Było tak, jak miało być, czyli tak że tylko brakowało na scenie rampy stojącej na zewnątrz, ewentualnie telebimu pokazującego kanał Extreme (bogactwo wizualne miało nastąpić wraz z kolejnymi koncertami, na razie musiała starczyć wielka płachta z logiem zespołu). No i zagrali „May 16” wybrzmiewający w THPS2, mojej ulubionej części serii. Marzenie by usłyszeć na żywo piosenkę z tego soundtracku spełnione. Jak miało się jednak okazać, marzenie to będzie spełnione jeszcze raz tego wieczoru.

Hollywood Undead – jeśli miałbym wskazać drugi po punk rocku najczęściej wybrzmiewający gatunek muzyczny w „Tony Hawk’s Pro Skater” (a przynajmniej w pierwszych grach serii) byłby to zapewne nu-metal. Co ma sens, wszak to właśnie „adidas rock” rządził wtedy kiedy te gry wychodziły. Stąd też zapewne pomysł ściągnięcia Hollywood Undead do Tauron Areny. Czy był to jednak aż tak trafiony pomysł? Pewności nie mam. Po pierwsze, mimo wszystko HU, jako zespół debiutujacy wydawniczo w 2008, długo po prime time nu-metalu (choć chyba najlepiej byłoby ich sklasyfikować jako rap rock), trochę wydawał się być zespołem spoza bajki. Po drugie, niby nóżka chodziła, ale jakoś strasznie generycznie to brzmiało. To nawet te zespoły z nu-metalowej ery, na których najbardziej wieszano psy (Crazy Town, pamiętamy), brzmiały o wiele bardziej charakternie. Nie mogę powiedzieć, że był to zły koncert, zwłaszcza że odbiór mieli świetny, a na pewno lepszy niż chociażby Lagwagon. Ale tak jak wleciało jednym uchem, pobujało głową przez te kilka kwadransów, tak od razu wyleciało drugim.

The Rasmus – no dobra, TO był najdziwniejszy element line-upu. Wiemy już, że Lost Generation Festival to także wydarzenie dla wszelkiej maści nostalgików i fanów retro. Ale przecież jeśli ktoś pamięta początek XXI wieku, to „In the Shadows” prędzej przywołuje traumę niż miłe wspomnienia. Jeden z najbardziej irytujących utworów jakie pamiętam z tamtego okresu, w pakiecie z nie mniej kiczowatym teledyskiem. Czy zabrzmiał tego wieczoru w Taurenie? Oczywiście, trudno by było inaczej. I ok, przyznaję, że trochę mi awersja do tej pieśni zelżała. Trzeba też przyznać, że był to jeden z lżejszych fragmentów koncertu – w pewnych momentach brzmieli wręcz ciężko. Ale nie jestem aż takim metal-desperatą, by propsować za samą obecność gitar w składzie. Było to wciąż mocno kiczowate (wciąż mają słabość do kruków i emo estetyki), przede wszystkim jednak – mocno kulejące wokalnie. O dziwo jednak butelki na scenę nie leciały, a wręcz przeciwnie, więc przestaję już się czepiać i przechodzimy dalej. W końcu, bo ot czas na

Papa Roach – gdybym miał zrobić mój prywatny nu-metalowy tier list, Papa Roach wylądowaliby na trzecim levelu. Nie jest to moja żelazna topka, za którą oddałbym życie (Korn, Deftones, System of a Down i, tak, Limp Bizkit), nie jest to też drugi poziom, na którym są zespoły może gorsze, ale do których mam wyjątkową słabość i które były od zawsze na mojej koncertowej wishliście (np. Slipknot, Coal Chamber, Disturbed, Godsmack etc.). Ale na tej trzeciej półce umieszczam ich najwyżej – choć już koncertowali w Polsce nieraz (niedawno zresztą, niedługo po LGF, ogłosili kolejny koncert, tym razem w katowickim Spodku), to nie miałem ciśnienia by kupować bilet, licząc na koncert „przy okazji” jakiegoś festiwalu. I tak się w końcu stało.

Choć zaczęli świeżynką „Even If It Kills Me”, to zaraz potem sięgnęli po klasykę absolutną, spełniając kolejne Tony-Hawk’owe marzenie. „Blood Brothers”! Produkcja koncertowa w pełni, telebimy w ruchu, pirotechnika, a przede wszystkim szalejący Jacoby Shaddix, po latach walki z różnymi demonami przeżywający drugą młodość. Po „BB” słyszymy sąsiada z PapaRoachowego opus magnum, „Infest” – tj. „Dead Cell”. Piąty bieg? Kolejny w setliście „… To Be Loved” Jacoby odśpiewuje wbiegając w trybuny. Emocje sięgają zenitu… i dla jednej z osób okazuje się to być za dużo. Jacoby tuż po powrocie na scenę prosi o modlitwę, zespół znika ze sceny, Tauron opanowuje cisza. Przedłużająca się do około kwadransa akcja reanimacyjna kończy się sukcesem (brawa dla tej części publiczności, która w porę zareagowała!), zespół wraca na scenę, dzięki zgodzie The Offspring Papa Roach odgrywa resztę setlisty zgodnie z planem. A tam sporo cukierasów – z nowszej historii zespołu oraz, ku mojemu większemu zadowoleniu, ze starszej. Szkoda kompletnego pominięcia „Lovehatetragedy” – wspaniale byłoby usłyszeć „She Loves Me Not” czy „Time and Time Again”. Ale i tak końcówka koncertu nie pozostawiła nikogo niezadowolonym – „Between Angels and Insects”, a następnie… „Nu Metal Time Machine!”. Rozpoczęty intrem „Blind” Korna, który przeszedł w kolejno „My Own Summer (Shove It)” Deftones, „Break Stuff” Limp Bizkit oraz „Chup Suey” System of a Down. Czyli wszystko co najlepsze ze wspomnianej najwyższej numetalowej półki. I ten jeden utwór który wyjątkowo wybrzmiał w całości, a który też zasługuje na tę półkę najwyższą… „Cut my life into pieces, this is my Last Resort!”. Spełnienie.

The Offspring – kiedy ostatni raz w pełni świadomie słuchałem The Offspring? Można by już liczyć w latach, jeśli nie dekadach. A jednak w okresie nastoletnim ten zespół był dla mnie ogromnie ważny i wciąż uważam, że płyty z tamtego okresu się bronią, dlatego jeśli pojawiła się okazja by w końcu usłyszeć Dextera Hollanda i spółkę na żywo, to dwa razy się nie zastanawiałem.

Zaczęli jak u Hitchcocka – „Come Out and Play” na wejście (w sumie chyba najlepszy wybór z możliwych), a następnie „All I Want” i odrobinę wolniejszy, ale wciąż ultra energetyczny „Want You Bad”. I nawet jeśli sięgali po nowinki z ostatnio wydanego „Supercharged” (kompletnie pomijając przy okazji dwa poprzednie albumy, „Days Go By” i „Let the Bad Times Roll”), to przede wszystkim był to oldschool fan serwis, z naciskiem rzecz jasna na „Smash” i „Americanę” (po rzeczy sprzed sukcesu „Smash” to chyba już nie ma szans by sięgnęli). I w to mi graj, w takim tempie to możliwe że całe te albumy odegrają. Niestety. Bo w pewnym momencie panowie postanowili zwolnić tempo. Co samo w sobie złym pomysłem nie było. Gorzej, że zrezygnowali z muzyki na rzecz kabaretu. I to w wydaniu, powiedzmy sobie, szczerze, dość suchym. OK, była jednak ta muzyka. Nie sądziłem, że tak kochali Ozzyego, a tu proszę – „Electric Funeral”, „Paranoid”, „Crazy Train”. Fajnie, też go kochałem, ale chyba ciut za długi ten tribute. No to odmiana – czas na covery Taylor Swift. I to naprawdę nie chodzi o to, że nie lubię Swift. Ale chyba nie tylko ja miałem wrażenie, że trochę ten humorystyczny przerywnik trwał za długo.

Na szczęście wróciło wszystko na swoje tory. Zainstalowane na scenie dmuchane kościotrupy nawiązujące do okładki „Smash” ustąpiły miejsca white boy’owym pozerom, na ekranie widać charakterystyczny taniec… Tak, to „Pretty Fly”. Do końca koncertu będzie znów tylko hitowo, z zagranym na bis „Self Esteem” włącznie.

Zatem – The Offspring czy Papa Roach? Chociaż jechałem na tych pierwszych i zagrali mnóstwo tych piosenek które chciałem usłyszeć (chociaż brak „Gone Away” złamał mi serce), to serce jednak skradli Papa Roach. Energią sceniczną, zabawą, a przede wszystkim tym, że podnieśli się po trudnym fragmencie koncertu, co wcale nie było oczywiste. Przede wszystkim wygrali ci wszyscy, którzy wypełnili Tauron Arenę po same brzegi i, mam nadzieję, zagwarantowali dalszy żywot Lost Generation Festival.

najlepszy moment: PAPA ROACH – LAST RESORT

ocena: 

Lagwagon – 7,5/10

Hollywood Undead – 6,5/10

The Rasmus – 6,5/10

Papa Roach – 8,75/10

The Offspring – 8,5/10