Foo Fighters
gdzie: PGE Narodowy
kto: Foo Fighters, Royel Otis
Ten koncert był skazany na porażkę i wszystko zmierzało ku temu, że jeśli to będzie święto muzyki, to raczej w klimacie pogrzebu aniżeli wesela. A jednak stało się inaczej. Parafrazując Hirka Wronę – wygrał Rock.
Live Nation nie ma ostatnio dobrej prasy. Nie aby wcześniej miał dobrą, można całą litanię zarzutów spreparować, jako pierwsze z brzegu wymieniając choćby praktyki monopolistyczne czy dziwne reguły uczestnictwa w ich wydarzeniach. Mimo wszystko biznes się kręcił nad wyraz dobrze, to co zorganizowali to dowozili, więc czołowe gwiazdy muzyki wciąż korzystają z ich usług. Ale trudno nie odnieść wrażenia że od jakiegoś czasu, przynajmniej w Polsce, stracili trochę nosa jeśli chodzi o dobór obiektów i ustalanie cen. W efekcie na ostatni koncert Limp Bizkit z początku czerwca można było wejść w dniu wydarzenia za około 100 złotych (gdzie początkowe ceny były, jak się domyślacie, znacznie wyższe), dziś obiło mi się o oczy że zbliżona promocyjna cena jest na występ Ricky’ego Martina.
Wszystkie te wydarzenia miała przebić sytuacja z koncertem Foo Fighters na Stadionie Narodowym. Z racji takiej a nie innej pracy znam temat z innej, trochę bardziej insiderskiej perspektywy, natomiast wystarczyło wejść na stronę Ticketmastera by zobaczyć, że nasza warszawska „chluba” architektoniczna będzie we wtorkowy wieczór świecić pustkami.
I tu trzeba sobie zadać pytanie – czy dało się tego uniknąć? Oczywiście że tak, bo wystarczyłoby by samo Live Nation zadało sobie kluczowe pytanie – czy Foo Fighters mają w Polsce fanbazę zdolną wypełnić największy obiekt koncertowy (choć każdy kto choć raz „słuchał” muzyki na Narodowym powiedziałby raczej pseudokoncertowy) w Polsce? Moim zdaniem – nie. Żeby nie było – lubię ten zespół, mają sporo świetnych piosenek i parę ponadprzeciętnie przyzwoitych płyt. Ale czy wybitnych? Czy sam zespół jest w jakiś sposób wybitny, oryginalny, kluczowy dla rockowego gatunku czy też muzyki jako takiej? Nie jest mi w stanie przejść przez klawiaturę odpowiedź twierdząca. I choć obracam się w gitarowej bańce towarzyskiej to nie znam ani jednej osoby która by powiedziała „moim ulubionym zespołem jest Foo Fighters”. Żeby mieć w puli słuchanych zespołów tak, ale żeby od razu być Fanem czy też Superfanem? No nie. A przecież mówimy o zespole, który od trzydziestu lat jako jeden już z niewielu reprezentantów muzyki stricte hard rockowej (żeby oddzielić takie cuda jak Coldplay czy Imagine Dragons) zajmuje z albumami czołowe miejsca sprzedaży, są w Rock and Roll Hall of Fame, krytycy ich (w miarę) lubią. A tu klops. Polska nie docenia, nie poznała się na wielkości. And you know what? Nie jest w tym nic złego. To całkiem normalne, że jeden wykonawca jest popularniejszy w jednym kraju, a w drugim już nie. Można rozkminiać z czego to wynika, z mentalu, z backgroundu kulturowego itp. itd., ale to nieważne – tak po prostu jest. Natomiast Live Nation tego nie rozumie. I skoro ekipa Dave’a Grohla gra na aktualnej europejskiej trasie na stadionach (chociaż z wyjątkami – więc jednak można), to i w Polsce musi zagrać na stadionie. I efekt był taki, że na kilka dni przed koncertem obiekt nie był wyprzedany nawet w połowie. A żeby dolać oliwy do ognia, ci co kupili bilety na trybuny dostali jakiś czas temu maila z cudownym ogłoszeniem, że Twój bilet zaliczył update i teraz masz bilet na płytę! Rozumiecie? Bo przecież kto by chciał świadomie siedzieć na koncercie? A jakby tego było mało, w tym samym mailu była informacja, że jeśli w ciągu, bodajże, tygodnia nie odpiszesz na tego maila z odmową zamiany miejsca, to ta zamiana nastąpi automatycznie. Czyli ktoś, kto w tym czasie zrobił logout od internetu wyjeżdzając na wakacje miał lekkiego pecha. Powiedz mi żeś Live Nation nie mówiąc żeś Live Nation.
Nakreśliliśmy główny kontekst. A dodajmy jeszcze tradycyjnie płatającą figle pogodę („zamykać dach? w czerwcu? ale po co?”) i nie mniej tradycyjnie wyborne warunki akustyczne Studni Narodowej i mamy przepis na stypę koncertową. I rzeczywiście – kiedy dotarłem na drugi z supportów wyglądało to, cóż, źle. Nie pomagał też sam Royel Otis – może w wersji studyjnej brzmi to lepiej, ale to co usłyszałem na żywo nie zachęciło do późniejszej weryfikacji (choć plus za ładnie brzmiące covery „Murder on the Dancefloor” Sophie Ellis-Bextor i „Linger” The Cranberries, ale trudno powiedzieć by była to w pełni zasługa zespołu). Ale w momencie wejścia na scenę bohaterów wieczoru zdarzył się najprawdziwszy cud nad Wisłą. Deszcz już nie nękał, akustyka – początkowo tragiczna – z czasem się poprawiła (a może się po prostu przyzwyczaiłem?), ale przede wszystkim- pojawili się ludzie. I z mojej perspektywy – tj. części płyty bliższej sceny – wyglądało to naprawdę przyzwoicie. Może LN rzucił cudowną promkę na ostatnią chwilę?
Ale powiem tak – nawet gdyby wszystkie te cuda się nie wydarzyły, to śmiem twierdzić, że to wciąż byłby całkiem udany wieczór. Z prostego powodu – z powodu samych Foo Fighters.
Nie jestem fanem zbyt długich koncertów, nawet jeśli jesteś progrockowym bandem i w ciągu półtorej godziny jesteś w stanie zagrać zaledwie trzy piosenki. Pewnie superfani (czy też psychofani) mają zgoła inne zdanie i w sumie mógłbym się zgodzić – z koncertu takiego Rage Against The Machine musieliby mnie siłą wynosić. Ale trzygodzinny koncert Foo Fighters? O rety. Ale zagrali właśnie w takim wymiarze czasowym zagrali. I, kolejny cud, ani razu nie odczułem nudy. Tylko frajdę. No i podziw. Bo w czasach, gdy już nawet rockerzy bezwstydnie śpiewają (a czasem i grają) z taśmy (lub z jej pomocą, ale czy to robi aż tak dużą różnicę), trzeba docenić trzy godziny grania w pełni live – i to bez przerw!
Nawet jeśli mając tak opasłą dyskografię spokojnie mogliby zapełnić setlistę samymi singlami (czy też nawet hitami), to można było oczekiwać, że będą mieli czas sięgnąć po mniej oczywiste rzeczy. I rzeczywiście – taki „Exhausted” z debiutu grają, poza incydentalnymi wykonami, pierwszy raz od trzydziestu lat! Dobra, po prawdzie to już rok temu zaczęli go grać, ale mniejsza z tym – zmierzam do tego, że był to koncert który mógł zaspokoić zarówno niedzielnych fanów znających największe szlagiery, jak i tych, którzy rzeczywiście siedzą w temacie (może są w Polsce jednak takowi?). Co do perspektywy albumowej to podeszli też w miarę po salomonowemu (z naciskiem na trzy pierwsze albumy oraz, co ciekawe, „But Here We Are” sprzed trzech lat), z jednym znaczącym wyjątkiem – nic z „Sonic Highways”. Nawet jeśli wziąć pod uwagę dość nietypowe okoliczności powstania tego dzieła (dla przypomnienia – każda piosenka nagrywana w innym studiu nagraniowym), to przecież trafiło tam kilka przyzwoitych kompozycji. Nowa płyta „Your Favorite Toy”? Miała reprezentację, w postaci tytułowego utworu oraz „Caught in the Echo”. Przyznam bez bicia, że dopiero po koncercie, zachęcony tym co usłyszałem w jego trakcie, dałem szansę temu albumowi. I nie żałuję – nie jest to tak dobre jak wspomniany „But Here We Are”, ale w miarę przyzwoite. Ot, kolejny longplej Foo Fighters.
Czy Dave Grohl wciąż jest najbardziej sympatycznym kolesiem w branży rockowej? Po ostatniej aferze rodzinnej (w którą już nie wnikajmy, bo po co) można było zwątpić. Ale jak wszyscy choć trochę zaznajomieni z historią FF pamiętają, to nie był jedyny cios od losu jaki otrzymał w ostatnim czasie (choć po prawdzie na ten wyżej wspomniany sam sobie zapracował). Nie widziałem ich na Open’erze w 2024 roku, za to na edycji w 2017 (o czym poczytacie grzebiąc w archiwum). Byłem więc ciekaw czy, a raczej jak, uhonorują tragicznie zmarłego w ’22 roku Taylora Hawkinsa. Była dedykowana mu „Aurora” z „There is Nothing Left to Lose” (pomimo obecności telebimów nie było żadnych wspominkowych fot/filmików, tylko samo wspomnienie przed odegraniem utworu). Był „The Teacher” z przedostatniego albumu, z tekstem nawiązującym do śmierci byłego perkusisty. Ale od czasu tribute’owego koncertu to „Times Like These” mi się najbardziej kojarzy z Hawkinsem i chyba także samemu Grohlowi – odniosłem wrażenie, że podczas śpiewania tej piosenki lekko załamywał mu się głos. Tak, był to moment wzruszenia.
ALE. Przede wszystkim dominowała radość. I to po obu stronach. Fani dowieźli, nie tylko śpiewając, ale też robiąc akcję specjalną – podczas „Big Me” w ruch poszły balony wyglądające jak Mentosy, co oczywiście nawiązywało do kultowego teledysku. Zaskoczenie Grohla – bezcenne. Grohl to rockowy erudyta, więc wiadomo było, że będą muzyczne cytaty – jak np. podczas „No Son of Mine”, który ma vibe mocno zbliżony do „Ace of Spades”, więc oczywiście zagrali fragment klasyka Motorhead. Ale było też coś, czego w mojej wieloletniej koncertowej podróży nie doświadczyłem. O Foo Fighters raczej nie mówi się jako o supergrupie, ale faktem jest, że – poza rzecz jasna Grohlem – każdy z muzyków ma jakąś historię muzykowania. Więc przedstawianie muzyków nie skończyło się tylko na wymienieniu imienia i nazwiska i ewentualnej solówce instrumentalnej wspomnianego muzykanta. Zbyt oczywiste. Więc przy każdej introdukcji usłyszeliśmy wykonanie piosenki z pre-FooFightersowej historii każdego z członków. Było więc Sunny Day Real Estate (Nate Mendel), The Germs (Pat Smear), No Use for a Name (Chris Shiflett) czy The Wallflowers (Rami Jaffee) – i tym razem w ruch poszły archiwalne zdjęcia. Byłem ciekaw po co sięgną w przypadku nowego nabytku za perkusją, Ilana Rubina, który ma całkiem ciekawą historię muzyczną (nie gorszą niż jego poprzedni, Josh Freese, o którym wspominaliśmy w niedawnej relacji z A Perfect Circle) – Nine Inch Nails, Angels & Airwaves (oraz lostprophets – ale tu, ze względu na postać frontmana, byłem raczej pewien że po ten repertuar nie sięgną). Nic z tego – poleciała piosenka w pełni autorskiego projektu muzyka, The New Regime. Jeszcze bardziej rozczarowani mogli być ci, co liczyli na to że usłyszą Nirvanę na Narodowym – Dave pominął się w tej zabawie. Chociaż gdyby sięgnął po Them Crooked Vultures to bym się nie obraził.
Są koncerty świetne, dobre, złe lub beznadziejne (na szczęście na te z dwóch ostatnich kategorii nie trafiam). Najlepiej mi się jednak pisze o takich, które mają swoją historię. Jak widać z powyższego (pozdrawiam tych, co doczytają do końca) – ten miał. I tak, był to świetny koncert.
najlepszy moment: obiektywnie – zapewne BIG ME, subiektywnie – coś z dwójki BEST OF YOU / EVERLONG
ocena: 9,25/10