rageman.pl
Inne

Sławomir Peszko & Sebastian Staszewski – Peszkografia. Będzie się działo

rok: 2022

autorzy: Sławomir Peszko, Sebastian Staszewski

Jak zdążyliście być może zauważyć, rzadko tu piszę o książkach. A jeszcze rzadziej o piłce nożnej. Choć nie zawsze tak było – lata (a właściwie to już dekady) temu regularnie zdarzało mi się pisać o meczach naszej reprezentacji czy spotkaniach mistrzostw świata bądź Europy. Przy przenosinach na WordPressa postanowiłem pousuwać te wpisy, aby zachować spójność tego bloga jako miejsca na recenzje szeroko pojętej sztuki. Recenzji książek nie usunąłem, zatem zastosuję tu wytrych, wszak dziś też będzie o słowie pisanym.

Inna sprawa, to czy jest to faktycznie książka o futbolu? Nie do końca – nie ma tu ani analiz taktyki, ani nic o historii tej dyscypliny, nie jestem przekonany czy osoby nieprzekonane do kopania piłki po przeczytaniu tej książki nabiorą ochoty na wyjście na orlika. Jest to przede wszystkim historia człowieka, który z futbolem związał swoje życie i całkiem nieźle na tym wyszedł. Choć być może mógł o wiele lepiej.

Sławek Peszko. 44-krotny reprezentant Polski. Uczestnik udanego dla Polski Euro ’16 i mniej udanego Mundialu ’18. Piłkarz Wisły Płock, Lecha Poznań, FC Koln, a w późniejszych latach – Lechii Gdańsk i Wieczystej Kraków. OK, wszyscy dobrze wiemy, że ta notka biograficzna byłaby niepełna, gdybyśmy nie wspomnieli o aspekcie towarzyskim. Bo nic nie ujmując osiągnięciom zawodowym – nie po to Sławek pisał tę książkę, a ludzie ją kupili, by czytać o tym, z kim się mierzył na boisku i za ile go wytransferowano z jednej drużyny do drugiej.

Przyznam bez bicia, stosunek do Sławka, a właściwie do jego opowieści zmieniał mi się w przeciągu lektury książki kilkukrotnie. Od razu zaznaczmy jednak jedno – nie zmieniała się moja sympatia do tego faceta. To bez wątpienia jest chłop z sercem we właściwym miejscu, zresztą gdyby było inaczej to nie sięgałbym po tę biografię. I lata grania w najwspanialszym Gdańsku nie mają tu nic do rzeczy, choć na pewno nie zaszkodziły w mojej percepcji jego postaci. Natomiast mam problem z tym, jaki stosunek do tej historii ma ten, który ją przeżył.

To będzie dość kosmiczne porównanie, ale czytając „Peszkografię” miałem deja vu z oglądania „BoJack Horsemana”. Ilość nieszczęśliwych wypadków w obu przypadkach jest zatrważająca. Natomiast pytanie brzmi, na ile znaleźli się pechowo w złym miejscu o złym czasie, a na ile sami byli motorem napędowym tych wydarzeń. Mam wrażenie, że Sławek, podobnie jak jego animowany kolega, chciał dobrze ale wychodziło gorzej. Gdybym nie odebrał telefonu od Marcina Wasilewskiego, nie wydarzyłaby się afera taksówkarska. Gdyby Michał Kołodziejczyk z „Rzeczpospolitej” nie napisał artykułu o imprezie podczas zgrupowania, to Franciszek Smuda nie wyrzuciłby Peszki z kadry (po raz pierwszy). Gdyby Łukasz Teodorczyk nie pomylił drzwi do kibla z drzwiami na korytarz hotelowy, to Nawałka prawie by nie wyrzucił pół kadry. I tak dalej i tak dalej. Fakt jest jednak taki, że (prawie) wszystkie te historii łączy jedno – napoje wyskokowe, zwane powszechnie alkoholem. Oczywistym jest, że to nie Sławek wprowadził alkohol do kadry – ba, to nawet nie Polacy połączyli futbol z alkoholem, wystarczy przeczytać jakiekolwiek inne biografie piłkarzy. Nie da się jednak ukryć, że nie bez przyczyny nabawił się ksywy „Atmosferić”, sam zresztą otwarcie przyznaje że zazwyczaj to on kończy wszelkie imprezy, w kadrze i poza nią. Natomiast czytając to wszystko przypomniała mi się stara chłopska maksyma – „nie umiesz, to nie pij”. I trochę miałem wrażenie, że w tych wszystkich sytuacjach albo to Sławek nie umiał pić, albo dobierał kompanów którzy nie umieli. I kończyło się jak się kończyło. Tu rodzi się natomiast inne pytanie – czy reprezentacja Polski, na której zobaczenie miliony ludzi wydaje od groma pieniędzy (lub/oraz czasu i energii) to miejsce na sprawdzanie kto umie pić a kto nie? Może gdyby wszyscy prowadzili się w reprze tak jak Robert Lewandowski, to w XXI wieku mielibyśmy więcej chwalebnych momentów niż Euro ’16?

Mocno moją opinię zaburzyły ostatnie rozdziały książki. Bo oto chłopak, który, miałem wrażenie, nie za bardzo potrafi połączyć kropki w całość jeśli chodzi o jego dokonania, zdobywa się na zaskakującą (wręcz brutalnie szczerą) autoanalizę. Może nie w pełni trafną – bo jednak będę się upierał, że brak sukcesów na miarę Roberta Lewandowskiego nie tkwi tylko w mniejszym talencie, ale przede wszystkim w gorszej higienie pracy. Nie zmienia to jednak faktu, że jest tu przede wszystkim skrucha, ale i ogrom dystansu do siebie samego (nie ma znaczenia, na ile „podsycone” przez drugiego z autorów książki). Tak, mam krótki lont. Tak, zachowałem się jak gówniarz. Tak, mogłem powiedzieć „stop”. Ale też – tak, chlałem, bawiłem się, bo taki już jestem i zmieniać tego nie zamierzam. Ktoś powie, że po takiej historii życia uruchomienie własnej linii wódek jest skrajnym przykładem braku autorefleksji. Bynajmniej! Chłopak doskonale wyczuł swój memiarski potencjał i monetyzuje go jak rasowy biznesmen. Może inwestycja w Fame MMA chluby mu, moim zdaniem, nie przynosi, ale tego wątku i tak tu nie ma – całość więc kończy się happy endem w postaci prognoz na przyszłość – biznesowych i piłkarskich, w Wieczystej Kraków, do której krytykowane na początku dołączenie okazało się strzałem w dziesiątkę.

Może nie jest to na tyle uniwersalna i fascynująca opowieść, by polecić całość osobom bez futbolowej zajawki, ale dla tych komu bliskie jest to nasze lokalne kopanie się po czołach – pozycja obowiązkowa.

najlepszy moment: ciekawie się czyta o relacjach Sławka z trenerami – od zachwytów Nawałką, po relację love/hate ze Smudą, kończąc na głównym (możliwe, że jedynym) antagoniście w postaci Stokowca

ocena: 7,75/10