rageman.pl
Film

Prosta historia

rok: 1999

reżyseria: David Lynch

Witam w Nowym Roku! Zaczniemy go zakończeniem pewnej dość długiej podróży. Bo za sprawą dzisiejszego wpisu będziemy mieli tym samym omówioną całą filmową twórczość Davida Lyncha. Biorąc pod uwagę, że styczeń jest zarazem też miesiącem jego urodzin oraz, jak się rok temu okazało, także jego śmierci, nie może być lepszej okazji.

A kończymy tę opowieść filmem najbardziej niezwykłym w twórczości Mistrza. Bo o ile pewną konwencjonalność (przynajmniej w Lynchowskiej skali) „Człowieka słonia” dałoby się wytłumaczyć początkowym etapem rozwoju jego rzemiosła i poszukiwaniem swojego miejsca w świecie sztuki (ale też w świecie branży filmowej), tak prostolinijność jak i w ogóle całościowy kształt „Prostej historii” były już w pełni świadomą artystyczną decyzją. Choć, jak w wielu przypadkach w historii Lyncha, także i tu zadecydował pewien przypadek. Ówczesna partnerka Lyncha a zarazem jego wieloletnia współpracownica, Mary Sweeney, natrafiła w gazecie na prawdziwą historię Alvina Straighta (w tym kontekście zdecydowanie lepszy jest oryginalny tytuł filmu, „the Straight story”, ze swoją dwuznacznością), staruszka który dowiedziawszy się o zawale serca skłóconego z nim od dekady brata, postanawia się do niego wybrać i pojednać. Szkopuł w tym, że brat mieszkał w innym stanie, a Alvin (oraz jego córka) nie posiada prawa jazdy (zapewne mu zabrany ze względu na stan zdrowia). W związku z czym wyrusza w podróż… kosiarką. Całość trwała około półtora miesiąca, zakończona na szczęście happy endem. Sweeney, poruszona tą historią, napisała na jej podstawie scenariusz i zaczęła już szukać potencjalnych twórców i producentów – zupełnie nie myśląc by choćby spróbować zainteresować tym projektem swojego partnera, który dopiero co wyszedł z jednego mrocznego świata („Zagubiona autostrada”) i planując już wejść w kolejny („Mulholland Drive”). A jednak sam się zainteresował. I tak się wzruszył, że już nikomu innemu scenariusza nie oddał.

I całe szczęście! To jest zawsze wręcz wzbudzająca podejrzenie sytuacja, kiedy ulubione dzieło artysty (zwłaszcza także tego ulubionego) jest zarazem jego najbardziej nietypowym. Od razu kiełkuje u innych myśl, że może tak naprawdę zupełnie nie rozumiesz „o co chodzi” temu artyście, mimo iż deklarujesz się jako fan. Zwłaszcza kiedy mówimy o dziele najbardziej przystępnym. I może nie postawiłbym od razu „Prostej historii” na najwyższym stopniu podium (tu się waham wciąż między wspomnianymi wcześniej filmami, tj. „Zagubioną…” i „Mulholland…”), ale ewidentnie na tym podium zawsze musi się znaleźć. Bo mówiąc zupełnie wprost – mało który film tak mnie wzrusza jak „Prosta historia”. Przy czym jest to inne oddziaływanie niż w przypadku „Człowieka słonia” – tam ciosy w serce były bardziej dynamiczne, momentami zbliżające się do granicy (choć jak dla mnie nigdy jej nie przekraczające) szantażu emocjonalnego. Tu absolutnie nic takiego nie ma, ani kropli ckliwości. Zamiast tego jest niespiesznie tocząca się historia człowieka, który przeżył już wszystko, a przemyślał jeszcze więcej, więc chce – zapewne już ostatni raz – rozkoszować się tym co najbardziej w zasięgu, a zarazem najtrudniej dostrzegalne, czyli pięknem otaczającego go świata. A że po drodze spotyka empatycznych i gotowych by go wysłuchać ludzi (nie wiem czy jest drugi taki film, w którym nie ma ani jednej negatywnej postaci, a na pewno jest to nowum w świecie Lyncha), to dzieli się z nimi swą mądrością i przemyśleniami, dalekimi od Coehlszczyzny jak tylko się da. O rodzinie, o uczuciach, także – co nie takie częste w produkcjach filmowych – o starości. Czyli o prawdach najprawdziwszych.

Ale to też nie jest tak, że zupełnie nie widać tu szalonego, śniącego na jawie Lyncha. Dość powiedzieć, że sam motyw drogi nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem jeśli widział chociażby „Dzikość serca”. Jest tu sporo absurdalnego humoru, którym Lynch z lubością zawsze doprawia swoje filmy. Jestem też przekonany, że Pani od Potrąconego Jelenia znalazłaby wspólny język z co dziwniejszymi postaciami z uniwersum Lyncha. A widząc w początkowych scenach filmu leżącego na ziemi Alvina nie umiem nie mieć skojarzeń ze wstępem do „Blue Velvet”. A dodajmy do tego jeszcze oprawiającą całość absolutnie przepiękną muzykę Badalamentiego –  tak inną w brzmieniu a jednocześnie tak podobną w emocjach do innych efektów kolaboracji z Lynchem.

To taki film, po obejrzeniu którego masz silną potrzebę zadzwonienia do wszystkich z rodziny i wyznania im jak bardzo ich kochasz, nawet jeśli jesteście poróżnieni. Jeśli przeczytacie ten wpis to możecie poczynić podobnie.

najlepszy moment: GWIAZDY

ocena: 9,75/10