Rekapitulacja roczna – 2025
Kiedy w ramach poprzedniego podsumowania narzekałem na 2024 rok nie przypuszczałem, że 2025 już szukał kogoś do potrzymania mu piwa.
No cóż, żyćko się dość mocno zgruzowało, najdelikatniej rzecz ujmując – i tutaj, prawdę powiedziawszy, wolałbym postawić kropkę, nie wchodząc w szczegóły. Od zawsze założeniem tego bloga było filtrowanie mojej pisaniny o muzyce i filmach przez bardziej osobiste refleksje i doświadczenia, co zaowocowało pewną mutacją recenzenckiej platformy i pamiętniczka, zatem nigdy nie wzbraniałem się tutaj przed prywatą. Ale w tym przypadku muszę wyznaczyć pewną granicę – nie chciałbym popaść w skrajny ekshibicjonizm i tym samym zabierać pracę psychoterapeutom, nawet jeśli – co pewnie dało się zauważyć – pisanie tutaj ma w jakimś stopniu formę autoterapii i nieraz miało na mnie zbawienny wpływ (widzicie, pewien rodzaj ludzi musi robić skrajnie rutynowe rzeczy, by zachować jakąś higienę psychiczną – jedni piszą regularnie wierszy do szuflady, inni losowali na kanale YT jedną cyfrę dziennie, u mnie jest to od 20 lat pisanie tutaj). Czy mam nadzieję, że za rok spotkamy się w milszych okolicznościach? Jak to śpiewał klasyk – „no hope no fear”. Ale też część mnie „nie mówi nie”. Zobaczymy.
Jak więc spożytkowałem te 12 miesięcy kiedy nie pracowałem, nie spałem i nie pisałem tutaj? Otóż inną formą ucieczki od trosk było też coś, co z braku laku nazwałbym mixem porządkująco-reorganizacyjnym. Żadne wielkie rzeczy – coś tu się dokupiło do mieszkania, coś w zdrowie się zainwestowało, jakieś szkolenia przeszło, przede wszystkim jednak była to dłubanina w internecie (np. w końcu ogarnąłem profil na RYMie, co zawsze mnie korciło). Jakkolwiek śmiesznie to nie zabrzmi – chyba nigdy nie zainstalowałem na telefonie tylu aplikacji co w tym roku. Raczej nie będę bawił się w ranking tychże, ale damn, niektóre odkrycia mocno mi zoptymalizowały czas dzienny.
Dobra, czas przejść do kluczowej kwestii. Ten rok to były także moje wielkie boje z AI. I boje te wyhodowały we mnie dwa wilki.
Jeden wilk jest, co tu dużo mówić, zachwycony możliwościami jakie daje Sztuczna Inteligencja. I uważam, że trzeba być wyjątkowo zblazowanym/upartym/etc. by ich nie dostrzegać, nawet jeśli jednocześnie widzi się wady i zagrożenia, których też przecież jest od groma. Jak pisałem wyżej, mam silną potrzebę optymalizacji i efektywności, tak w pracy jak i w życiu prywatnym, i ChatGPT (choć też sporo testowałem alternatyw od innych big techów jak MicroSoft, Meta czy Google) nieraz okazywał się zbawieniem wręcz. I powiem tak – nie jestem ekspertem, ale myślę, że KAŻDY postęp technologiczny miał jakieś ofiary w ludziach. I przeważnie korzystanie z dobrodziejstwa, jakie daje rozwój, wiąże się z tym, że pozbywamy pracy kogoś, kto mógł się za nas tego podjać. Ale czy robiąc sobie obiad w thermomixie nie pozbywamy pracy kucharzy w restauracjach? Czy tnąc się golarką nie przyczyniamy się do bezrobocia barberów? I czy ktoś robi wokół tego większą aferę? No właśnie. Dlatego kiedy np. AI wyciąga mi z pierdyliarda dokumentów rzecz, której szukałbym godzinami, lub kiedy robi mi z zasobów internetowych ładną syntezę która PODPOWIADA mi pewne rozwiązania, bez czołobitnej wiary we wszystko co zasugeruje, to przede wszystkim czuje wdzięczność a nie wyrzuty sumienia.
Ale jest też drugi wilk. Który widzi, że kiedy AI zamiast służyć człowiekowi chce go całkiem wyeliminować, jest się gotów rzucić na tych, którzy nie dostrzegają w tym nic złego. Dotyczy to zwłaszcza obszaru mi najbliższego, czyli szeroko pojętej sztuki. Od razu dopowiem, że nie jestem bez winy – bo sam nieraz byłem pod wrażeniem przeróbek AIowych typu „Stairway to Heaven ale to electropop”. I nie uważam by było coś złego w słuchaniu takowych, jeśli wszyscy zgadzamy się na reguły gry i wiemy – bo jest to OZNACZONE – że jest to wytwór sztucznej inteligencji, który gra w innej kategorii. Ale kiedy piosenki stworzone przez AI rywalizują z piosenkami będącymi w całej rozciągłości tworem ludzkich rąk to jestem na Nie. I nie przekonuje mnie argument, że za każdym tworem AI też sto człowiek, który sztucznej inteligencji używa jak instrumentu, a opanowanie gry na gitarze zamienił na umiejętność promptowania. Jest to zwyczajnie lame. A jeszcze głośniejszy sprzeciw budzi we mnie, kiedy wytwór AI wciska mi się jako coś, pod czym w pełni podpisał się człowiek. To już nie jest pójście na łatwiznę tylko zwyczajne oszustwo. Oczywiście prawdopodobnie przesłuchałem milion piosenek stworzonych w jakimś stopniu z użyciem AI i nawet tego nie zauważyłem. Ale też mnóstwo książek, tekstów zostało podpisanych nie przez rzeczywistych autorów i znalazły poklask. Co w żaden sposób nie usprawiedliwia plagiatu.
I tylko pozostaje się cieszyć, że ci bardziej świadomi odbiorcy Sztuki dostrzegają problem i np. okładki albumów z użyciem AI spotykają się głównie z pogardą. Bo też w Sztuce chodzi o coś więcej niż chwilowy zachwyt kompozycją czy pomysłowością formy – chodzi o pewne porozumienie z autorem, jego emocjami i długofalową relację z niej wynikającą. Dlatego, nawet w mainstreamie, kibicujemy artystom a nie albumom. I tego się nie da tak łatwo wyeliminować i jeśli majorsi się nie opamiętają w poszukiwaniu łatwego zysku to będą podcinać gałąź na której siedzą. A co z tymi, którym nie robi różnicy czy słuchają człowieka czy robota? Cóż, tym i tak wszystko jedno.
A jednak, znów pojawiła się potrzeba autoterapeutyczna. Ale musiałem w końcu tę rozkminę o AI wyrzucić z siebie, bo długo we mnie leżała. Teraz możemy przejść do właściwego podsumowania roku.
WYDARZENIE ROKU

(tak, jest to grafika wygenerowana w AI – wybaczcie, ale nie będę wstawiał zdjęcia prawdziwej wagi z moimi brzydkimi stopami)
Tyle udało się w tym roku osiągnąć, zaczynając jeszcze w grudniu ’24 od wagi 95kg. I nie ukrywam, jest to dla mnie powód do dumy. Bo nawet jeśli to zrzucanie wagi wyszło trochę przypadkiem i zapewne nie bez wpływu były też rozmaite stresy, to jednak głównie zadecydowała determinacja, w pakiecie z odpowiednią dietą (dietomedica.pl, polecam!). I co najważniejsze, w przeciwieństwie do poprzedniego podejścia do zrzucania wagi sprzed kilku lat, wciąż udaje się tę wagę utrzymać. Może dlatego że wiem, że nie chcę wrócić do tego poczucia wstydu które czułem patrząc na własne zdjęcia?
W tym roku wojaży po świecie nie było, był tylko trip do dawno niewidzianego (10 lat!) Londynu. Tym razem w wersji długodystansowej, bo prawie trzy tygodnie. Zamiast więc bieganiny by zobaczyć jak najwięcej – spokojne delektowanie się. Kocham to miasto miłością nieskończoną, z wszystkimi jego wadami. Mam nadzieję, że widzimy się już wkrótce.
Wojaże koncertowe? Też było mniej i głównie ograniczyłem się do tego, gdzie naprawdę czułem chęć uczestnictwa. I jak na tak zawężone kryteria i tak wyszło tego całkiem sporo. Przede wszystkim – spełnione numetalowe marzenie o zobaczeniu Limp Bizkit. Kocham i się nie wstydzę, zresztą nie ma się czego wstydzić – globalny arbitraż w postaci masowego odbiorcy uznał (w końcu!), że Limp Bizkit są cool, jak nigdy dotąd nawet. A co najważniejsze – zupełnie nie miałem odczucia, że konsumuję odgrzewany kotlet, nawet jeśli najświeższy z zagranych utworów (w liczbie jeden) miał prawie 15 lat, a cała reszta utworów pamiętała przełom tysiącleci. Panowie są w kapitalnej formie koncertowej i nie ukrywam, mega doceniam że dane mi było ich zobaczyć jeszcze w oryginalnym składzie… ale o tym za chwilę.
Co dalej? Dwie pozycje odhaczone z nie tak długiej wishlisty „industralny rock/metal”. Nine Inch Nails i Marilyn Manson. Już zobaczenie jednego z tych zespołów dawałoby uczucie spełnienia wystarczające na cały rok, ale że od razu dwa? Nie ma sensu porównywać, zwłaszcza że oba koncerty różniły okoliczności (festiwal vs. solo), ale choć panowie Reznor i Warner zdają się nie chcieć mieć z sobą nic wspólnego, to łączy ich (wciąż) wybitna forma koncertowa (u Mansona zaskakująco wysoka, mając w pamięci to, co ostatnimi czasy dostawało się na YT z jego koncertów). Pozostając w świecie gitar – fajnie było zobaczyć na żywo Mayhem, choć kiedyś, przyznaję, nie doceniałem tego grania. Soniczny terror. A na skrajnie odmiennym biegunie – Alanis Morissette, czyste piękno i wrażliwość. Z tych moich największych bohaterek lat 90tych została mi do zobaczenia na żywo już tylko Tori Amos – przebieram nogami na myśl o maju ’26. Nigdy nie byłem wielkim fanem AC/DC, ale skoro nadarzyła się okazja by zobaczyć legendę na żywo, to czemu nie skorzystać. I nie żałuję – dziadygi, pomimo wielu przejść i praktycznie bycia jedną nogą na emeryturze wciąż mają to coś. Na pewno na emeryturę nie wybiera się za to Pitbull – który, można rzec, przeszedł tę samą drogę co Limp Bizkit, tyle że w innym gatunku i w krótszym czasie. I owszem, można, a wręcz należy poddawać w wątpliwość jakość jego muzyki – co nie zmienia faktu, że taką wixę potrafi rozkręcić tylko on. Do kompletu koncertów solowych dorzućmy jeszcze spełnione marzenie z okresu fascynacji jazzem, czyli Marcus Miller, Poison The Well widziany w Londynie (grający w całości „The Opposite of December… A Season of Separation”, czyli #najlepiej) oraz dwa służbowe wypady: Justin Timberlake (spoko, ale chyba przerósł go trochę ten Stadion Narodowy – zdecydowanie lepiej wspominam koncert w krakowskim Tauronie sprzed roku) oraz sympatyczne Beach Weather.
Festiwale? Kolejny wypad na Mystic Festival, choć tym razem chyba jednak z mniejszą ilością zachwytów. Żeby nie było – wspaniale było zobaczyć Suicidal Tendencies, Turbonegro czy Jerry’ego Cantrella solo, jak zwykle sporo też było odkryć (Perturbator!). Ale gdyby zawęzić temat wyłącznie do headlinerów – po raz kolejny, choć tym razem na własne oczy i uszy przekonałem się, że King Diamond zupełnie mnie nie robi. A Sepultura, choć na zawsze w mym sercu, to jednak już wybitnie odgrzewany kotlet, na dodatek dość wątpliwy moralnie, który, nie ma co ukrywać, zgarnął headlinerski slot chyba wyłącznie przez ogłoszenie pożegnania (choć nie zdziwię się, jak wpadną na jeszcze niejeden, naprawdę ostatni) koncert. Z tego wszystkiego chyba najfajniej wypadł In Flames – może dlatego, że tutaj nie miałem żadnych oczekiwań? Nie miałem też oczekiwań co do mojego pierwszego udziału w Red Smoke Festival – tymczasem okazał się być kapitalnym, zupełnie niekomercyjnym świętem muzyki szeroko pojętej stonerowej. No i zobaczyłem kolejną, po Garcii i Homme’ie, legendę stojącą za Kyussem, czyli Branta Bjorka. Open’er? Jeden dzień i praktycznie jeden koncert, czyli NIN. Ok, był też Future, na którym zasnąłem na stojąco (co było przykre, bo kiedyś zasłuchiwałem się w kolesiu) oraz Tyla i Lola Young – sympatycznie, acz bez historii (Tyla za to z niemiłosiernym playbackiem).
ROZCZAROWANIE ROKU
Tak, był to rok strat, a styczeń wypłacał takie gongi, że nie byłem w stanie się pozbierać już do końca roku. I wciąż nie akceptuję świata bez tego faceta na zdjęciu, podobnie jak wszyscy ci zakochani w całym Lynch-versum – obejmujacym nie tylko jego twórczość, ale też samą jego postać, tyle dziwaczną co wybitnie inspirująco na poziomie czysto ludzkim. Straciłem mentora i nie waham się używać takich górnolotnych słów. Ale też jak zawsze w takich wypadkach – może zamiast rozpaczać nad stratą należy się cieszyć, że coś się wydarzyło? Że żyliśmy w czasach Davida Lyncha? Choć mam wrażenie, że znam jego twórczość na wylot, to retrospektywa jego filmów na Timeless Film Festivalu pokazała, że w tym świecie można się zanurzać raz po raz i mieć każdorazowo taką samą przyjemność.
Niestety na tym nie zakończyła się seria bolesnych strat w świecie Sztuki. Człowiek, który dał światu Metal, a zarazem jedna z najbarwniejszych postaci w muzyce jako takiej. Ozzy Osbourne. Nie pożegnał się jak Bowie czy Cohen nowym albumem. Zrobił zaś być może coś jeszcze lepszego, a na pewno bardziej spektakularnego – stanął ostatni raz na scenie, zarówno solo jak i z Black Sabbath, a wraz z nim cała armia zespołów (i to z półki najwyższej – żeby wspomnieć o Metallice czy Guns N’ Roses), które postanowiły oddać hołd Legendzie, co zaowocowało całodziennym Świętem muzyki gitarowej. Wystąpił też Mastodon, który zaledwie miesiąc później sam poniósł stratę za sprawą tragicznego wypadku ojca-założyciela zespołu, Brenta Hindsa (choć uczciwie byłoby wspomnieć, że rozstał się on z zespołem kilka miesięcy wcześniej, na dodatek w nienajlepszej atmosferze). Dokładnie tego samego dnia, kilka godzin później, Polskę obiegła informacja o śmierci Stanisława Sojki. A skoro o polskiej muzyce mowa – w maju rodzima scena hip hopowa zubożała o tego, kto kładł fundament pod jej rozwój, czyli Jokę z Kalibra 44. Z kolorowej trójki MC ostał się już tylko AbradAb… Zamykając wątek polski – wspomnijmy jeszcze o Joannie Kołaczkowskiej, uwielbionej przeze mnie jeszcze w czasach nieraz wspominanego na tym blogu kabaretu Potem. Young Scootera dawno wprawdzie nie słuchałem, ale swego czasu mocną zajawkę miałem na jego mixtape’y, dlatego warto też o nim tu wspomnieć. A z postaci o których nigdy na blogu nie było, a ewidentnie powinni być wspomniani: Brian Wilson, Michał Urbaniak, Rob Reiner, Val Kilmer… i Hulk Hogan. Trudna postać, ale bez niego nie byłoby mojego dzieciństwa, więc także mnie samego. Last but not least, czyli Sam Rivers z Limp Bizkit. Czy była to śmierć, której można było się spodziewać? Biorąc pod uwagę jego problemy zdrowotne – cóż, chyba trochę tak. Co nie zmienia faktu, że boli jak cholera, ale też doceniam że zdążyłem zobaczyć na koncercie. Nawet jeśli to już nie był ten sam człowiek co w latach 90tych, o cudnej numetalowej przewózce.
FILM ROKU
A tu sprawa będzie prosta- bo nie widziałem w tym roku żadnego nowego filmu. Cóż, przypomnijmy, doba = 24h. Jak już wspomniałem, zaliczyłem za to wypad na kapitalny Timeless Film Festival, więc nadrobiłem sporo klasyki. I nie żałuję, planuję w tym roku postąpić tak samo.
SERIAL ROKU
Tu niewiele lepiej niż w przypadku filmów. I chociaż mam wciąż fest zaległości jeśli chodzi o już napoczęte seriale, to coś tam się udało nowego obejrzeć, choć nie zawsze było warto.
„Eksplodujące kotki” – rzecz na podstawie planszówki, w rolach głównych – Bóg i Belzebub, tyle że w skórach kotów. Netflixowy średniaczek, raczej zero zaskoczenia że zabawa się zakończyła już na pierwszym sezonie.
„Good Times” – nie jest to tak tragiczne jak mówią, ale wciąż niestety co najwyżej kiepskie. Chyba, że ma się tak maksymalną wczutę w kulturę afroamerykańską, że się nawet nie dostrzega dość rasistowskiego stereotypowania. Jeden sezon wystarczył.
„Kapitan Fall” – a tu okrutnie szkoda braku kontynuacji, choć jak się zabierałem za oglądanie to wiedziałem, że Netflix zdążył już odstrzelić serial (także po pierwszym sezonie). Spodziewałem się głupawego adult animation, dostałem całkiem porządnie rozkminioną rzecz, która pod przykrywką lekkiej animowanej rozrywki dostarcza sporą dawkę cudnie czarnego humoru.
„Agent Elvis” – Matthew „Alright Alright” McConaughey jako Elvis Presley, na dodatek będący tak naprawdę szpiegiem amerykańskiego rządu? Tak szalone, że musi się udać. I się udało? Cudna jazda bez trzymanki, choć nie zawsze trzymająca tempo. Niestety – kolejna ofiara Netflixowych cięć w sektorze animacji, ponownie zaledwie po jednym sezonie.
„Swiat mnie nie pokona” – to samo uniwersum i ci sami bohaterowie co w „Oderwij wzdłuż linii”, choć nie jest to kontynuacja tamtej historii. Ale jest ta sama kreska, ten sam humor, a przede wszystkim – ta sama wrażliwość. Byłoby wyróżnienie gdyby nie:
„Carol i koniec świata” – za takie dzieła pokochałem gatunek adult animation! Cudownie depresyjna rzecz, idealnie korespondująca z tym, o czym pisałem wcześniej w kwestii zdrowia psychicznego. Kiedy świat się wali (albo dopada go lockdown) to jedni się załamują, inni świętują bo jutra nie będzie, ale też są tacy, którzy zachowują się jak gdyby nigdy nic – aby zachować resztki sensu istnienia. Oczywiście znów bez drugiego sezonu, ale tym razem i tak nie miało go nie być – może twórcy „Carol” wiedzieli, że stworzyli coś zbyt ambitnego jak na potrzeby Netflixa i uprzedzili ich ruch tworząc dzieło kompletne.
GRA ROKU
Nie było filmów, nie było seriali, nie było także retro grania. Zero, nic, null. Ale była za to Inwestycja Roku w postaci Nintendo Switch 2. Od dłuższego czasu przymierzałem się do zakupu jakiejś konsoli – trochę ze względów towarzyskich (aby było w co grać jak wpadnie większa ilość osób), trochę także aby może spróbować być choć trochę na bieżąco ze współczesnym gamingiem. Rozważałem wprawdzie Playstation, ale kilka osób rekomendowało wypuszczony w tym roku Nintendo Switch 2. I jasne, może nie ma (jeszcze) tylu gier co u konkurencji. Ale ma coś, czego tamci nigdy nie będą mieli – STARE GRY. Od jakiegoś czasu szukałem sposobu by oszukać system i grać w stare gry z NESa czy Gameboya z użyciem God Mode. I może NS2 god mode’u nie oferuje, za to daje możliwość save’owania w każdym momencie. Rany, jaki to jest (dosłownie) gamechanger! Wprawdzie baza gier wciąż się powiększa i jest raczej mniejsza niż większa, ale wierzę że to się będzie z czasem zmieniać (musi, bo nie po to Nintendo oferuje te gry w modelu subskrypcyjnym by nie poszerzać bazy gier) i przejdę wszystkie te gry, których nie mogłem przejść za dzieciaka. Na razie katuję Mario World 64 (gry z Nintendo 64 też tu są) – 15 światów, każdy po 7 leveli. Potwór.
ZIOMKI ROKU
Sporo się działo w Trójmieście! Wariaci z Lasów dostarczyli kolejną dawkę nadmorskiej wixy za sprawą „999”. Nie wiem czy w tytule albumu ekipy Stendka można doszukiwać się podprogowego, satanistycznego przekazu, na pewno jednak wątpliwości nie pozostawia tytuł albumu „1986” od Gentelman! – chłopaki nie składają broni i oferują kolejną nostalgiczną wycieczkę, tak w tekstach jak i w indierockowym brzmieniu. Skoro mowa o gitarach – niezmordowany Adaho (Czechoslovakia, Gars) zmontował kolejną ekipę w postaci Loveworms- poza muzykami z obu macierzystych składów jest też bardzo ciekawy, żeński wokal. Polecam self titled długograja. I na koniec dwa totalnie różne wydanictwa, ale oba zasługujące na podium. Czyli „Odwet” od Jadu – kolejna odsłona punkrockowego wyziewu. Jak się przekonałem na niedawnym koncercie w Warszawie, są ludzie którzy są gotowi zginąć za te piosenki i te teksty. A jeśli już umierać, to na pogrzeb dźwięki z kolejnej przepięknej płyty Stefana Wesołowskiego, „Song of the Night Mists”.
Numer jeden przypaść jednak musi:
Trupa Trupa – „Mourners”. Bo zasłużyli. Konsekwencją, zdobywaniem kolejnych szczytów, a przy tym wciąż całkowitą bezkompromisowością. Ale przede wszystkim – jakością piosenek, tutaj dodatkowo podciągniętą przez udział Nicka Launaya, człowieka którzy przyłożył rękę do albumów Nicka Cave’a, Silverchair czy Refused. Dla niektórych, także w mainstreamie, to co osiągnęła Trupa już byłoby sufitem. Ale jestem przekonany, że dla chłopaków to zaledwie kolejny przystanek. Nie w „karierze”, ale przede wszystkim w ich muzycznej (i prywatnej) przyjaźni.
ALBUM ROKU
Słuchania muzyki, jak czarno na białym (zielonym?) pokazuje Wrapped, było także zdecydowanie mniej w tym roku. I nie ma co szukać alibi w słuchaniu muzyki na winylach czy innych platformach streamingowych. Tak, zwyczajnie odpuściłem. A już na pewno nie chciało mi się ścigać na odkrywanie nowej muzyki. Dlatego nie ma co ukrywać, poniżej to są albumy słuchane głównie w pracy. Ale czy są to złe albumy? Moim zdaniem nie, dlatego je wyróżniłem spośród setek wydawanych przez Sony. Kolejność przypadkowa.
1. Arcade Fire – „Pink Elephant”
2. Sleep Token – „Even in Arcadia”
3. Tame Impala – Deadbeat
4. Błażej Król – „Popiół”
5. Lordofon – Niesamowita Trupa Pana Hiroszimy
6. Dawid Podsiadło & Kaśka Sochacka – „tylko haj.”
7. Kacperczyk – „WSZYSCY JESTEŚMY KACPERCZYK”
8. Central Cee – „Can’t Rush Greatness”
9. O.S.T.R. – „404”
10. TEDE – „VOX VERITATIS”
11. Bardal – „HARD COCK”
12. Małach – „Deszcz”
13. Kuban – „FUGAZI”
14. Quebonafide – „PÓŁNOC / POŁUDNIE”
15. Jan-Rapowanie – „Groteska”
16. Żyto – „NOWY DOBRY CO NIE SPINA”
17. ĆPAJ STAJL – „M.E.L.I.N.A.”
18. Drabusheyka – „HYPNOZIZ”
19. ReTo – „IGOR”
20. przyłu – „CHATA”
PLAYLISTA ROKU
Tradycyjnie – żadne tam best ofy tego roku, bo są tu też starocie. Po prostu soundtrack zeszłego roku, z rozmaitych powodów.
