Manipulators
kto: Manipulators
Kto by pomyślał. Idziesz sobie tak po prostu na koncert ciekawej kapeli, nie nastawiasz się na nic, a tu nagle Coś Takiego. Poniżej rozwinięcie myśli.
Planowo impreza ma się zacząć o 20.00. Z doświadczenia już wiem, że można spokojnie pół godziny później się pojawić (choć pod względem obsuw to nic nie przebije Radiostacji…). I to był ruch słuszny. Gdy już jestem na miejscu, dopiero trwa remont na scenie. Trochę ludzi już się uzbierało. Nie wiem czy to kwestia popularności Manipulators (w końcu to nie pierwsza ich wizyta w Uchu), czy może to, że po klapie frekwencyjnej koncertu Without End Ucho poszło po rozum do głowy i zadbało o promocję. Tak niewiele trzeba, parę niusów w necie i plakaty, a jak bardzo może to uratować imprezę. Jeśli chodzi o aspekt jakościowy publiczności, to oczywiście dominuje młodzież regałowa. Pozytywny, znajomy skin wykrzyknąłby na ich widok „brudasy!”. Choć są i też ludki, które wydaje mi się, że załapały się na tę imprezę ze względu na popularne ostatnio koneksje reggae–dancehall–hip-hop. Hawajskie koszule, bauns itepe, no i Tede, hehe.
Tyle jeśli chodzi o to, co pod sceną. A jeśli chodzi o samą scenę… jakoś kwadrans przed 21.00 zaczął grać support. O tyle zaskoczenie było duże, że nawet na stronie Ucha nie było o tym informacji. Kapela oczywiście dźwiękowo pasująca do imprezy. Na szufladkach się nie znam, tym bardziej w tego rodzaju muzyce, więc nie zarzucę hasłem typu: to był dub, roots reggae albo może ragga. Aczkolwiek mogło się podobać hiphopowym baunsiarzom, nawet bardziej niż danie główne wieczoru. Na scenie czterech muzyków. Z tyłu po lewej stronie basista. Nawet nie spodziewałem się, jak dobrym trzeba być basistą, by grać taką muzykę. Cała publika pokłada w tobie nadzieję, że swoim instrumentem sprowokujesz ich do nieustannego tańca. Duża odpowiedzialność. Szacunek. Również z tyłu, po prawej jednak stronie, siedział pan z komputerkiem, który był odpowiedzialny za wszystkie pozostałe dźwięki. Niby fajniej byłoby, jakby wszystko jednak było tworzone tu i teraz, ale aż tak to nie przeszkadzało. No i dwa wokale na przodzie. Żeński, bardziej stanowiący tło. I męski. Zwracał uwagę specyficzny strój pana wokalisty. Sukienka? Nieee, to na pewno ma jakąś nazwę. Niemniej miało to kształt sukni. Jakkolwiek by wokalista nie był ubrany, zwracał przede wszystkim uwagę jego głos. I ciekawa barwa, i ciekawe zagrywki, a dodatkowo punkt za troskę o kontakt z publiką. W czym problem jednak? Jak już wspomniałem, nie mogłem nigdzie znaleźć infa o tym, cóż to za kapela była, więc ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, proszony jest o pomoc!!
Wspomniany wyżej band grał około pół godzinki. Przerwa techniczna. W tym czasie znaczne masy przybyły do Ucha. Ostatecznie, jeśli chodzi o frekwencję, było bardzo godziwie, choć o tłoku nie mogło być mowy. W końcu około godziny 21.30 wychodzi na scenę piątka muzyków. I zaczyna się. Rejdzmena tańczącego można zobaczyć rzadziej niż UFO w przestworzach. Ale innej możliwości nie było — nie można było stać. Nie wiem czy to, kufa, jakaś czarna magia, ale przez to, co dolatywało z głośników, straciłem całkowicie kontrolę nad ciałem. A nawet gdyby czyjeś ciało było odporne na ten syreni śpiew, to i tak musiało zwrócić uwagę na jakość tych dźwięków.
Of kors znowu nie będzie szufladkowania. Jeśli zespół akceptuje „dub/reggae” na plakatach obok swojej nazwy, to może coś w tym jest. Dla mnie było to o tyle ciekawe, że mogłem znaleźć w tym zarówno zaspokojenie dla moich hip-hopowych receptorów, jak i elektronicznych czy zwłaszcza rockowych. I może dlatego też przez niemal półtorej godziny koncertu nie poczułem się ani przez chwilę znudzony? Co dziwi, gdyż zawsze moje podejście do muzyki regałowej było takie, że po pół godziny słuchania czułem się znudzony. A tutaj chciałem, by koncert trwał jak najdłużej. Niebywałe.
Może warto wspomnieć o tym, kto był za to odpowiedzialny. Po samiuśkiej prawej stronie sceny perkusja. Fajnie, że była. Lepiej się tego słucha, zwłaszcza że i w takiej formie dźwiękowej ten gatunek muzyków może się popisać. Środkową i największą część sceny okupowali wiosłowi. Dwóch gitarzystów i basista. Najbardziej zwracał uwagę z tej trójcy basista, swoistego rodzaju showman. Najwięcej się rzucał, wciąż dbał o kontakt z publiką. O tyle utrudniony, że nie miał do dyspozycji mikrofonu. A jednak wystarczyły same gesty. Gitarzyści byli już znacznie skromniejsi. Zwłaszcza ten z lewej strony, nie wiem czemu kojarzący mi się z Johnem Frusciante. O tyle uzasadnione, że czasem wybierał się ze swą gitarą w wycieczki w ewidentnie rockowe rejony. No i po lewej stronie, za wielgaśną konsoletą, człowiek odpowiedzialny za wszelkie dodatkowe tło. Czy to sample, czy też dźwięki instrumentów dodatkowych typu sitar (jeśli dobrze kojarzę). A również za kontakt werbalny. Choć jak sam twierdził, jego inglisz jest „wery, wery bed”. Ale o tyle uroczo to brzmiało, że jeszcze akcent francuski był słyszalny aż do bólu. A i tak radził sobie nieźle.
Podsumowanie? Koncert (uwzględniając jeszcze zabawę publiczności) porównywalny do najlepszych. Niespodzianka porównywalna do tej, jaką sprawił Faithless na Open’erze (przynajmniej jeśli chodzi o stopień zaskoczenia mojej osoby). Ewidentnie warty tych czternastu złotych. Szkoda, że po dwóch bisach zeszli w końcu. Naprawdę chciało się jeszcze posłuchać.
najlepszy moment: BIND US
ocena: 7/10
