rageman.pl
Muzyka

Festiwal Jedynki 2005 dzień 2

odbyło się: 20.08.05

gdzie: Opera Leśna, Sopot

kto: Blondie, Bonnie Tyler, Blue Cafe, Monika Brodka, Zakopower, Sistars, PIN, Olga Szomańska, Przemysław Branny, Piotr Rubik, Miecz Szcześniak, Mezo, Łzy, Lusia i Mario Szaban, Golec uOrkiestra, Czerwone Gitary, Button Hackers, Bracia, Bartek Wrona

foto: kfp.pl

 

Yeah. Ale lans. Czyli:

Kolejny raz przybywam do Opery Leśnej na drugi i ostatni dzień Festiwalu Jedynki. Tradycyjnie kontrola bilecików, jakiś popcorn i zajmujemy miejsca. Tym razem siedzę bliżej sceny, acz już nie pośrodku, a z lewej strony, bliżej telebimu. Co z jednej strony lepiej wpłynęło na odbiór wizualny, ale znacznie gorzej na foniczny. Czyli nieprzyjemnie dudniące basy i czasem wręcz czysta kakofonia. No nic to. Czekamy na rozwój wydarzeń.

Tradycyjnie po 20.00 (znowu reżyser nas powitał, najs) czołówka w tiwi i lecimy na żywo. Tym razem jako konferansjerzy Artur Orzech (TVP, przeważnie ten głos polski, co komentuje Eurowizję) i dupencja Tatiana Okupnik z Blue Cafe. Czyli nawiązanie do tegorocznego Opola, gdzie Tatiana też prowadziła imprezę, choć z Maciejem Orłosiem. Trzeba przyznać, że ta konferansjerka całkiem nieźle im szła, choć często wędrowała na buraczane pola. Anyway, dzisiejsza „polska” część wieczoru to był konkurs o nazwie „Przebój Lata Jedynki”. Czytaj: TVP1 nie da się tak łatwo TVN-owi i skoro oni mają Bursztynowego Słowika w Sopocie, to my też będziemy mieli konkurs. No i mieli.

13 piosenek, niektóre debiutujące, niektóre już znane. Jak otwierająca prezentację konkursową „Maria” z repertuaru Bartka Wrony. Czyli nasz stary kumpel z Just 5, a ostatnio z „Baru”. Gdy widziałem go miesiąc temu na koncercie w Gdańsku przed Stachurskym, to nie sądziłem, że ktoś go będzie chciał do telewizji wpuścić. A tu popatrz. I jeszcze gra ten numer, który mnie najbardziej rozbawił. Czyli hiszpańskojęzyczna opowieść o miłości na wakacjach w rytmach umpa-umpa. Powoli zaczynam uwielbiać tego gościa. Kto wie, może nawet Mandarynę przebije 🙂 Dla niektórych już przebił, bo za mną był tłum fanów z transparentami z napisami typu „Bartek kochamy cię”. Aż Orzech później zwrócił uwagę, czy przypadkiem Wrona nie przywiózł tu ze sobą swojej całej licznej rodziny. Jak na moje ucho, to na dodatek Bartuś leciał z playbacku, choć skrzętnie to ukrywał za pomocą licznej kompanii muzyków.

Następnie na scenie pojawili się starzy znajomi z piątku — Bracia. Czyli młodzi Cugowscy w numerze „Niczego więcej”. Kurde, coraz bardziej się do nich przekonuję. Numer w klimacie spokojnym, naprawdę nie powstydziłby się go nawet nowy Audioslave. To był mój ewidentny faworyt do wygranej, choć wiedziałem, że nie ma szans. Nie na takiej imprezie. Następnie wystąpiło coś o nazwie Button Hackers z piosenką „My Angel”. Ni to nowoczesna bujająca elektronika, ni to najzwyklejszy w świecie pop z męskim wokalem. I niezapamiętywalne. Później żenada tysiąclecia — Czerwone Gitary i „Senny szept”. Czyli ultra-chałturnictwo. Dla mnie ten zespół nic nie znaczy, ale dla mojego taty tak i pewnie zawału by dostał, gdyby to zobaczył. Wyobraźcie sobie The Beatles bez Lennona i McCartneya, zabierzcie Harrisonowi i Starrowi charyzmę i talent, dodajcie do nich młodszych muzyków i każcie im śpiewać totalnie bezjajeczny pop-rock, a będziecie blisko tego, co się wydarzyło wtedy na tej scenie. Obciach ino.

Następnie na scenie pojawiła się znana i lubiana Golec uOrkiestra z numerem „Bo lato rozpala”. Czyli to samo, co wykonywali już w tym roku w Opolu na „Premierach”. Cóż, typowi Paweł i Łukasz Golec — ultraprzebojowość rodem z górskich rejonów Polski. Poważny kandydat na wygraną. Następnie nieznany mi duet Lusia i Mario Szaban w numerze „Amazing How We Soar”. Jeśli ta pani Słowaczka miała 16 lat, to uoooh. Dołączam się do Borewicza i ruszam z nim na łowy. Wszystko fajnie, tzn. fajna blondyna, tylko numer nie taki. Duet à la ambitniejsza Eurowizja, czyli wspinamy się na wokalne wyżyny przy akompaniamencie balladowego, cukierowego popu. Nie, dziękuję.

Następnie Łzy i nowy hit „Pierwsza łza”. Nazwa brzmi balladowo, a okazało się to dynamicznym pop-rockiem, nieźle wpadającym w ucho. Gdy dodać do tego efekty wizualne w postaci chmury świecidełek sypiących się z armatek (chyba tylko Wrona miał też jakieś efekty wizualne w postaci pirotechniki), to wyrósł nam kolejny poważny kandydat do wygranej. Aaaaa, no i Ania Wyszkoni jak rzadko kiedy zajebiście wyglądała. Stylistyka à la sexowna autobusiara — miniowa i buty za kostkę. Yeah. Tak dawno nie widziałem Łez na żywo, jeśli na każdym koncercie tak wygląda, to czekam na występ w Gdańsku.

Jako ósmy wystąpił Mezo, który najwyraźniej polubił festiwale. Znowu z Kasią Wilk, z którą wyśpiewał drugie miejsce na tegorocznych „Premierach”. Ale tym razem z numerem „Lepsze jutro”, który już nie miał tak przebojowego potencjału jak „Ważne”. Choć docenić należy, że podobnie jak Łzy czy Bracia ewidentnie nie leciał z playbacku. Rap z playbacku, huh, to by była wiocha. Następny w kolejności estradowy recydywista — Mieczysław Szcześniak. Śpiewa te swoje soule, funki i tym podobne i nic mu z tego nie wychodzi. Zero sukcesów. Aż mi szkoda kolesia. Choć już z pierwszymi taktami „Chyba na pewno” wiadomo było, że ten festiwal tej sytuacji nie zmieni.

Czas na dziesiąty numer. Czyli uwaga: Olga Szomańska, Przemysław Branny i Piotr Rubik — „Niech mówią, że to nie jest miłość”, piosenka z oratorium „Tu Es Petrus”. Oratorium nie brzmi zbyt przebojowo, nieprawdaż? Gdy zobaczyłem wychodzący na scenę chór, już wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Nawet jeśli wyszło dwoje solistów (czyli duo Szomańska & Branny) i całość zabrzmiała zaskakująco przebojowo. Dlatego niespodzianką dla mnie były gromkie brawa pod koniec. Ale to nie była największa niespodzianka. Nie uprzedzajmy faktów. Następnie wystąpili kolejni nowicjusze — PIN z numerem „Pinstin”. Typowy pop-rock, choć wokalista miał całkiem niezłą barwę i umiejętności. Z numerem dwunastym stare znajome z Sistars. Tym razem z drugim, najświeższym singlem zapowiadającym nadchodzący album — „Na dwa”. Po koncercie w kwietniu doceniłem te dziewuszki. Chociaż nie da się ukryć, że ten numer jest słaby. Niby dynamicznie, wręcz tanecznie, ale nic nie zostawało w pamięci po jego wysłuchaniu. I nawet nie kusiło, by jeszcze raz wysłuchać. Podobnie jak ostatni numer konkursowy — „Siadoj z nami” w wykonaniu Zakopower. Kiedy usłyszałem „Kiebyś ty” w Opolu, to spodobało się. Ale problem w tym, że „Siadoj z nami” mało się różni od tamtego numeru, poza tym że znacznie mniej chwytliwy jest. Dlatego już nie kusi, by zapoznawać się z resztą twórczości.

I koniec. Czas na przerwę na reklamy.

Po dosyć krótkiej przerwie nastąpił czas na tak zwane minirecitale. W pierwszej kolejności najfajniejsza młoda dupa krajowej sceny muzycznej — Monika Brodka. Choć gdy zobaczyłem ją, przeżyłem mały szok. Szopa rudawych loków. What da fuck?? Ostatnio ponoć zafarbowała na blond, teraz na rudo. Eee? Dopiero potem jakoś dziwnie mi się skojarzyło z Beyoncé. I może to właściwy trop? Robimy z Brodki niunię, z którą mogłoby zadzierać hiphopowe towarzystwo? Na razie odważył się Liroy, który gościnnie z nią wystąpił w jednym numerze tego dnia. I rzeczywiście, było baunsiarsko. Choć pozostałe numery to znacznie lepsze klimaty. „Ten” uwielbiaaaam 🙂 Genialny pop. Niewiele gorszy jest zagrany na finał laureat tegorocznych „Premier” — „Miałeś być”. Były jeszcze oprócz tego dwa numery, w tym jedna balladka o nazwie bodajże „On” i jako niespodziewanka wręczenie Brodce Złotej Płyty za niezłą sprzedaż jej debiutanckiego albumu. Aaa, i jeszcze chóralne śpiewanie „Sto lat” dla mamy Moniki obchodzącej tego dnia urodziny.

Drugi minirecital — Blue Cafe. Czyli Tatiana Okupnik we właściwej sobie roli. Na pierwszy ogień „Do nieba, do piekła”. I już cała sala śpiewa z nami. A było jeszcze „You May Be in Love”, które kandydowało rok temu do Eurowizji. Był numer odśpiewany przez samą męską część składu Blue Cafe. Stylistyka boysbandowa. Haha, jakie to śmieszne. A na koniec klasyk Zucchero. Nie wiem czy to również z taśmy leciało, bo reszta to był ewidentny playback. Szkoda. Chociaż ludziom o dziwo to nie przeszkadzało. Zabawa znacznie większa niż przy Brodce.

Ale szał prawdziwy się rozpętał, gdy rozpoczął się trzeci minirecital, a jednocześnie pierwszy występ gwiazdy zagranicznej tego wieczoru. Bonnie Tyler! Gdy usłyszałem na wstępie „Total Eclipse of the Heart”, już podziękowałem. Fajnie, stary numer, przypomina dzieciństwo, ale po co dalej się męczyć? Zwłaszcza że jak na moje ucho głos już ewidentnie nie ten. Chociaż jak na 2378193 lat, które ta babka musi mieć, to nieźle się wizualnie konserwuje. No i miała pokaźną ekipę muzyków. Ściemy nie było pod tym względem. Zagrała parę mało znanych numerów, bodajże z nowej (??) płyty, i poleciała znowu jakimś starym hitem, którego nazwy nie pomnę. Ale mama kojarzyła, więc ja musiałem też 😉 I tym się zakończył występ. Niestety publika nie dała tak łatwo jej odejść, więc wróciła i odśpiewała znowu jakiś nowy numer. A pewnie liczono na kolejnego odgrzewanego kotleta na bis, heh.

Po tym hmmm występie nadszedł czas na ogłoszenie wyników konkursu. Trzecie miejsce — Golec uOrkiestra. Podobnie jak w Opolu, czyli pewnie małego wkurwika złapali, hehe. Drugie — ojacieniepierdole — Bartek Wrona. A pierwsze — szok — czyli owa pieśń z oratorium. Choć trzeba przyznać, że miły szok. W końcu było to coś dosyć oryginalnego, a przy tym przyjemnie wpadającego w ucho. Czyli można jeszcze uwierzyć w gusta masowej publiczności. Laureaci dwukrotnie odegrali Przebój Lata i nastąpiła kolejna przerwa techniczna, po której już miała wystąpić najprawdziwsza gwiazda.

Godzina 0.00, pojawia się, bueh, Tomasz Kammel i zapowiada — BLONDIE!! Cała męska część zespołu już przy zapowiedzi czekała przy instrumentach, ale jeszcze JEJ nie było. Dopiero po instrumentalnym intro pojawiła się. Debbie Harry. No dobra, swoje lata już ma. Ale skrzętnie to ukrywa. Ubrana na czarno, miniowa. Kurczę, zajebisty MILF, choć to przecież ponad 40 lat musi mieć. I co tu dużo mówić, to ona królowała na scenie. Wszędzie jej było pełno, wciąż tańczyła, a to raz była na lewej krawędzi sceny, a to raz po drugiej. Jeśli zaś chodzi o pozostałych muzyków… nie ujmując umiejętności dwóm gitarzystom, basiście i panu na klawiszach, ale to pan perkusista grał najefektowniej. Efektywnie też, ale rzadko kiedy można zobaczyć tak popisującego się perkusistę. Granie na stojaka to jeszcze nic. Ale tak częste podrzucanie pałeczkami w trakcie gry to ryzyko niemałe. Najwyraźniej opanował tę sztukę do perfekcji.

Jeśli zaś chodzi o same kompozycje… Blondie jakie jest, każdy wie. Można było się przekonać, że bez nich nie byłoby całego nurtu dance-punk, dance-rock czy jak to tam się zwie. Innymi słowy — The Killers czy Franz Ferdinand nie wiedzieliby co grać, bo nie mogliby inspirować się (już pomijam zrzynaczy) Blondie. Dziwny to przypadek zespołu jednocześnie lubianego przez punków (głównie jako odskocznia od cięższych rzeczy), jak i przez fanów oldskulowego disco. A i miłośnicy zwyczajnego rocka nie powinni być zawiedzeni, zwłaszcza tym koncertem. Bo to był ewidentnie rockowy występ, nadający się bardziej do klubu tudzież hali niż na zjazd sztywniaków.

I niestety to musiało skończyć się tragicznie. W poprzedniej notce wspominałem o pełnej Operze Leśnej. Dzisiaj też była pełna, ale przerażająco opustoszała w trakcie występu Blondie. Pojebało ludzi jak nic. Może setlista nie taka? Zaczęli od mało znanych kawałków. „Hanging on the Telephone” rozpromował Hey, ale starszyzna niekoniecznie musiała o tym wiedzieć. Dopiero gdzieś tak po piątym numerze zabrzmiał wielki hit odrodzonego Blondie — „Maria”. I wtedy już zaczął się ruch w sektorach. Ale potem znowu zastój. Gdzieś w połowie zabrzmiał stary klasyk „The Tide Is High” (to mogliby kojarzyć fani Atomic Kitten z kolei). Zaczęły się chóralne śpiewy. Był klasyk „Call Me”, niestety w refrenie bez tego zadziora jak w oryginale. Najwyraźniej sama Debbie zauważyła, co się dzieje z publiką, bo zaczęła się głośno zastanawiać, gdzie wszyscy poszli. Pod koniec to zdziwienie chyba przerodziło się we wkurwa, bo już po brzmiącym jak zagrany od zniechęcenia „Heart of Glass” zeszli do domu. A takie fajne wizualizacje mieli… a tak zajebiście to wszystko brzmiało… przecież nawet próbowała Debbie nawiązać kontakt z publiką. Czyżby to było potwierdzenie tego, że komuś pojebały się dni występów Blondie i Craiga Davida? Najwyraźniej tak.

Niemniej dobry godzinny koncert. I w miarę dobry festiwal. TVN będzie miało ciężko z przebiciem.

 

najlepszy moment: BLONDIE – HEART OF GLASS

ocena: 7,5/10