Korn – Korn Live
rok wydania: 2002
wydawca: Epic
Koncert z obiektu Hammerstein @Nowy Jork, promujący przedostatni album studyjny, tj. „Untouchables”. Występ szczególny z tego względu, że był on transmitowany na żywo do kin, oczywiście only at USA. Dlatego wszystko musiało tu być perfekcyjnie wykonane i dopięte na ostatni guzik. Z tego względu też, powiedzmy sobie od razu, trochę brakuje spontaniczności i radości z grania. Niby Jonathan co jakiś czas się odzywa do publiki, prawi jej komplementy jaka to ona nie jest „fuckin’ great”, ale to chyba za mało, by mówić o zbudowaniu na czas setu prawdziwej więzi z publiką. Rozumiem, że po wydaniu sześciu płyt (wtedy pięciu) trochę inaczej się podchodzi się do grania niż po wydaniu debiutu, ale jednak.
Niemniej jest to dobre DVD. Czemu? Bo Korn na żywo to Korn dobry, just like that. Nie tylko w skali numetalowej, ale rockmetalowej in general. Granie Korna jest jakie jest, kwestia gustu, ale profesjonalnego brzmienia nie można im odmówić. Jeśli chodzi o wizję też nie jest najgorzej – wprawdzie nie jesteśmy świadkami jakiegoś dużego poruszenia na scenie, zasnąć się jednak nie da. Mile też łechce oczy widok statywu od mikrofonu autorstwa samego H.R.Gigera. Wprawdzie każdy z Korniszonów porusza się raczej wyłącznie wokół własnej osi, ale robią to dość żwawo. Czasy są teraz takie, że pokazanie samego zespołu na scenie to już nawet nie minimum. W związku z czym obraz (perfekcyjnej jakości zresztą) jest urozmaicany co jakiś czas różnymi bajerami – a to motywem typu „robimy zbliżenie na układ nerwowy gitarzysty”, a to np. przy „Falling Away from Me” pojawiają się cytaty z tekstu piosenki. Trochę tych smaczków jest, co cieszy, bo po to jest DVD i oferowany przez ten format możliwości, by z nich korzystać.
Jeśli chodzi o samą setlistę: zaczynamy singlem z promowanego wtedy krążka, potężnie brzmiącym „Here to Stay”, a następnie cofamy się do innego albumowego openera, ale tym razem pochodzącego z „Life is Peachy” – tak, to „Twist”. Ach, że też Jonathan z czasem zrezygnował z prezentowania tych swoich możliwości… werbalnych. A skoro już jesteśmy przy „LIP”, to sięgamy po singielek z tego albumu, któremu towarzyszył pierwszy klip Korna z prawdziwego zdarzenia – humorystyczny „A.D.I.D.A.S.”. Zmiana klimatu, skaczemy dwie płyty naprzód do zdołowanego „Issues”. Numer nie uwzględniony w kampanii promocyjnej, co nie zmienia faktu że niezwykle chwytający za serducho – „Trash”. I znów sięgamy wstecz, tym razem naprawdę solidnie, bo aż do pierwszej płyty – oto absolutnie pierwszy hicior, od którego wszystko się zaczęło – „Blind”. Dziwne że już teraz go grają, ale niech im będzie. A teraz czas na „Embrace”, czyli promujemy ostatni album. Jest czadzior, jest mięsko. I znów sruuu w przeszłość, pierwsza płyta i mniej oficjalny hicior – „Faget”. Czyli „you can suck my dick and fuckin like it” i tym podobne wynurzenia. Po takich czadziorach czas na coś lżejszego, a zatem znów „Issues”, a konkretniej pierwszy singielek z tegoż albumu – „Falling Away from Me”. Ta słodziutka melodyjka, niby z pozytywki… Czas na dalsze promowanie świeżynki – „Blame”. Znów mięsko, choć o smaku niebezpiecznie przypominającym „Here to Stay”. Płyta wstecz, ponownie „Issues” i ponownie przebój – „Make Me Bad”, z wręcz popowym refrenem, który powoli już trochę memu uchu się przejadł. Być może uszom Korniszonów też, bo oto w pewnym momencie genialnie zgrabnie wchodzą w końcową partię „One” Metalliki, by zakończyć cytatem z „Justina” z „Follow The Leader”. Wyborne! Zahaczyliśmy wreszcie o trzecią płyciawę Korna, zatem czas na rzecz ją promującą – „Freak On a Leash”. Promującą, dodajmy, wybornie, bo któż nie pamięta słynnego klipu z nabojem w roli głównej? Numer też smaczniuchny, więc konsumpcja może być tylko przednia. Ale po jej zakończeniu skaczemy krążek do przodu – trzeci i ostatni singielek z „Issues”, czyli „Somebody Someone”. Uwielbiam tę gitarę na początku. Dobra robota wioseł (choć kojarząca się trochę z Faith No More) jest również w następnym numerze, czyli drugim singlu z „Untouchables” – „Thoughtless”. Zespół po tym utworze schodzi ze sceny, ale przecież wszyscy wiedzą, włącznie z zespołem, ze tak się ten koncert skończyć nie może. I rzeczywiście, po dosłownie paru chwilach na scenie pojawia się Jonathan z dudami. Czyli wszystko wskazuje na jedno – „Shoots and Ladders” z debiutu. Publika szaleje, zespół idealnie podtrzymuje temperaturę grając numer, od którego wiele osób (w tym ja) zaczęło przygodę z Kornem – „Got the Life” z „Follow The Leader”. I po tym numerze zostawiamy widzów na sali i przed telewizorami rozgrzanych do czerwoności.
Jak widać, prawie wszystkie numery to były hiciory, można zatem tu mówić o swoistym koncertowym grejtest hits. I chyba dobrze się stało – jeśli wnuki będą chciały wiedzieć, czym się jadło tego całego Korna, o którym uczyły się na historii, podarunek dla nich może być tylko jeden.
Jeśli chodzi o dodatki, to takowych praktycznie nie ma. Bo wybór dźwięku, interaktywne menu czy skok do wybranych scen to przecież żaden dodatek. Ale mamy za to co innego – coś, co nazywa się „alternate angle of Korn live”. Czyli w praktyce słyszymy to samo co podczas koncertu, ale zamiast zespołu oglądamy wizualizacje telebimowe . Z filmików tych sklecono również klip do „Right Now” o którym mowa była wcześniej. Zaprawdę, w chorym umyśle musiały powstać te filmiki. Dużo krwi, narzędzi, patentów opartych na kontraście między niewinnością dziecka a otaczającej brutalnej scenografii. Widzimy np. jak blond dziewczynka biega z nożem za chłopcem, którego zresztą można uznać za jakby głównego bohatera całości, bo dość często widzimy jego twarz. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że niektóre momenty bardziej pasowałyby do video Gorgorotha jakiegoś aniżeli prekursorów nu-metalu. Ciekawe, ciekawe. I ostatni dodatek, czyli dokumentacja zza sceny- czyli oglądamy nerwowe przygotowania do tego koncertu. I tyle.
najlepszy moment: TRASH
ocena: 7/10