rageman.pl
Muzyka

Bjork – Medulla

rok wydania: 2004

wydawca: One Little Indian

 

A teraz o płycie, która totalnie mnie zmiażdżyła. Jak zresztą prawie każda płyta tej Pani. Psze państwa – Bjork i jej najświeższe dokonanie – „Medulla”. Pani Bjork idzie swoją ścieżką, aczkolwiek są zapewne ortodoksi, dla których to już komercja. Cóż, szkoda czasu na przekonywanie takich betonów. W każdym razie najnowszy album to potwierdzenie, że nawet jeśli Bjork to komercha, to jest to komercja na NAJWYŻSZYM poziomie.

No bo pomysł nagrania płyty, na której zdecydowana większość dźwięków byłaby generowana paszczą, nie wydaje mi się najlepszym pomysłem do opanowania plejlist Radia Zet i RMF FM, za to bardziej bym zakwalifikował go do pomysłów ciekawych i oryginalnych. Choć gdyby na taki sam pomysł wpadli twórcy piosenek Britney Spears czy Ja Rule, to zapewne by powstał bestseller ociekający przebojami. W przypadku Bjork powstała rzecz, która wymaga wielokrotnego przesłuchania. Czternaście piosenek, w których niemal całkowitą uwagę skupia jak-zawsze-wybitny glos głównej bohaterki. Bo w sumie co można powiedzieć o podkładach? Samo to, że brzmią jakby były generowane z „normalnych” instrumentów można już uznać za wystarczający komplement. Ba, momentami tworzą całkiem niezłe melodie – taki kończący album „Triumph Of A Heart” brzmi jak rzecz z tanecznego okresu Bjork!

Przypuszczam jednak, że nie o melodie chodziło, a udowodnienie, że za pomocą jedynie strun głosowych (choć momentami da się usłyszeć coś sprawiającego wrażenie nie stworzonego za pomocą gęby) można poczynić album urzekający, piękny, wciągający od początku do końca. Prawdę powiedziawszy ciężko mi tu coś wyróżnić. Na pewno dwa numery z samego początku płyty – „Pleasure Is All Mine” i „Where Is The Line”, a to ze względu na udział w nich niezwykłego teamu: Mike’a Pattona (dla laików: wokal ex-Faith No More, dla bardziej obeznanych – człowiek instytucja powiązany z takimi projektami jak chociażby Naked City, Mr. Bungle, Fantomas, Tomahawk i „parę” innych) i Rahzela (ex- The Roots). Pierwszego pana w otwierającym kawałku słychać mało, ale już w drugim da się poznać wyraźnie TEN głos. Aż żal bierze, zachwycając się tymi kompozycjami, że nie wybrałem się na koncert w sierpniu tego duetu, choć było to przecież parę kilometrów stąd, w stolicy. Popisy gębą Rahzela słychać jeszcze w paru innych kawałkach. Są też inni goście, choć już o nie tak zasięgowych nazwiskach jak tamci dwaj panowie. Jest The Icelandic Choir i The London Choir. Jest Tagaq i Robert Wyatt, jak również znany Bjork-maniakom Matmos. Ich obecność jest nie mniej ważny, szczególnie udział Wyatta w pięknym kawałku „Submarine”. Singlowe „Who Is It (Carry My Joy On The Left, Carry My Pain On The Right)” i „Oceania” wytypowano na single, bo mają wyjątkowo zapadające w pamięć melodie, co wcale im nie umniejsza – to wciąż piękne i intrygujące piosenki. „Ancestors” i „Midvikudage” są przepięknymi zlepkami dźwięków wydawanych głównie przez głos Bjork, ten pierwszy na dodatek w towarzystwie uroczych dźwięków pianina.

Jak widać, każdy kawałek zasługuje na uwagę. Reasumując: fani Bjork na pewno się nie zawiodą. Wielbiciele beatboxów i generalnie dźwięków wydawanych paszczą również powinni sięgnąć po tę płytę. Fani Mike’a Pattona powinni zwrócić na nią uwagę, gdyż można utwory z jego udziałem uznać za przedsmak tego, co będzie można usłyszeć na płycie duetu Patton & Rahzel (jeśli ta płyta w ogóle powstanie, czego bym sobie życzył, gdyż wg mnie jest to jeden z najlepszych projektów Pattona od lat). Jeśli longplej kupią dodatkowo kolekcjonerzy Dobrych i Ważnych Płyt, to mamy sukces komercyjny. I dobrze. Bo w normalnym świecie sukces artystyczny powinien pociągać za sobą również sukces komercyjny, a nie go wykluczać.

 

najlepszy moment: WHERE IS THE LINE?

ocena: 8/10 

Leave a Reply