rageman.pl
Muzyka

Slipknot – Iowa

rok wydania: 2001

wydawca: Roadrunner

 

Ostatnio za dużo czasu nie ma na słuchanie muzy. Jak już jednak coś sobie zapuszczę, to raczej coś mi dobrze znanego. Tym razem jednak postanowiłem podejść po raz kolejny do Slipknota i ich „Iowy”. I z radością odnotowuję, że wreszcie udało mi się (chyba) skumać tę płytę. Długo zajęło, ale wciąż.

Dla wprowadzenia krótka notka biograficzna: jest sobie zespół składający się z dziewięciu zamaskowanych panów. Wydają najpierw jeden niezauważony album, po czym modyfikują ciut skład, wchodzą do wytwórni Roadrunner i wydają multi-platynowy album s/t. Generalnie: trochę mocniejszy nu-metal, ale na tyle wpadający w ucho, by spodobało się gawiedzi. Jak dla mnie jednak, poza paroma numerami, jakoś specjalnie mocno mnie nie przekonujący. To był rok ’99. Nadchodzi rok ’01 i trzeba w końcu jakiś album wydać. Ale jaki? Logika by nakazywała  umelodyjnić się tak, by już nawet gospodynie domowe nas kupowały. A tu nagle panowie wydają płytę, której, jeśli chodzi o ładunek agresji, bliżej do Cannibal Corpse czy Morbid Angel niż Korn bądź Limp Bizkit. I o dziwo jeszcze większy sukces odnoszą.

Czyli co, ponownie sukces, tyle że idąc pod prąd? Trąci ściemą. Popatrzmy na imidż – 666, full agresji, kozi łeb na okładce. No tak, idealny produkt dla zbuntowanych nastolatków. No mówię, ściema. I taki też wniosek przysłaniał mi coś, co powinno być najważniejsze – aż do wczoraj. I nie chodzi o to, ze nagle w stu procentach uwierzyłem tym kolesiom. Wciąż jakoś nie jestem w stanie łyknąć ich przekazu. Ale gdy nie myśleć o całej tej otoczce, to okazuje się, że muzyka broni się jak najbardziej. I już nie powiem, że jest to napierdalanie dla samego napierdalania i bezsensowna agresja. Może momentami tak, ale na szczęście więcej jest momentów, gdzie agresja i melodia są odpowiednio wyważone. Czyli inaczej rzecz ujmując: melodyjna agresja, a nie melodia z domieszka czadu. Np. taki „My Plague”. Jest blast, ale nagle w refrenie pojawia się śpiew. Smaczne! Czy też „The Shape” (uwielbiam śpiew Corey’a w refrenie!). Dla odmiany w „People = Shit” czy „The Heretic Anthem” śpiewu nie ma, ale i tak numery wchodzą do bani jak cholera. „Disasterpiece” czy „New Abortion” to te kompozycje, gdzie momentami jednak ta napierdalanka jest niezrozumiała, co nie znaczy, że jako całość nie przekonują. No i chyba najbardziej melodyjny track czyli „Left Behind”, który może się najbardziej kojarzyć z poprzednim albumem (polecam klip do tego kawałka, ma klimat). Ale objawia nam się też tutaj całkiem inny Slipknot, który ciężar muzyki osiąga nie poprzez maltretowanie instrumentów i strun głosowych, a w klimacie. Przykładem jest intro „(515)”, gdzie słychać jakieś chore odgłosy, niczym z psychiatryka. Taki jest „Gently”, czyli rzecz pamiętająca jeszcze pierwszy album. Podobnie „Skin Ticket”, choć to już rzecz nowa. W tych numerach pojawia się coś nowego: Cisza. No i ostatni, tytułowy numer – absolutnie chora rzecz. Porywająca. Piętnaście minut tak pojebanej jazdy, że po ciemku można by się wystraszyć. Tak mi się wydaje, nie sprawdzałem bo się boję.

No i jeszcze kwestia tekstów. Często da się przyuważyć dość dziecinne tezy bądź sformułowania, vide słynne „People = Shit”, skrywające jednak zalążek czegoś głębszego. Ale czasem słychać takie farmazony że ręce opadają. Aczkolwiek jak już wielokrotnie wspominałem – dla mnie teksty to rzecz prawie niepotrzebna. Lepsze liryki pisze własna wyobraźnia.

Wciąż jednak nie opuszcza mnie refleksja – nie dałoby się stworzyć całej tej muzyki w mniej niż dziewięć osób?

 

najlepszy moment: IOWA

ocena: 7/10 

Leave a Reply