Sean Paul
odbyło się: 29.06.04
gdzie: Molo, Sopot
kto: Sean Paul, OSTR, Mercedresu, Pezet/Noon, Grammatik
foto: reggaenet.pl
Uaaaaaaaah, ale wixiarsko byłooo!!! Nosz kurwa szok. Na ponad godzinę Sopot przeniósł się na Jamajkę. Ale od początku:
Godzina 18.00, jadę do Sopotu. Sam, bo tylko mnie tak pogięło by iść na Sean Paula. W samym Sopocie znacznie więcej ludzi niż dotychczas. Molo, kultura, bilecik, daję do wymacania plecaczek i już jestem w środku. Na razie pustawo. Publika? Bierzemy Parlamentowy piątek i mnożymy razy hmmm tysiąc? Czyli gorące trzynastolatki i białe Murzyny pokroju DJ Slama (którego zresztą chyba przyuważyłem) ze skarpetami na głowie. Momentami czułem się trybikiem takiej komercji że aż krępowało mi to ruchy przy zabawie. Ale na szczęście zaraz szybko mijało.
Dobra, czas na konkrety. Supporty były cztery. Na pierwszy ogień, punktualnie o 18.30 – Grammatik. Co dziwne, choć jako następni występowali Pezet z Noonen, to ten ostatni nie wystąpił z chłopakami. Czyżby nienajlepsze stosunki? Szczerze mówiąc troszkę się zawiodłem. Eldo to niewątpliwie jeden z najinteligentniejszych reprezentantów polskiej sceny hiphopowej, co zresztą słychać na płytach. Niestety koncert rządzi się swoimi prawami. No bo jaki jest sens puszczania podkładów z laptopa i melodeklamacja (choć nie powiem – na wysokim poziomie) wcześniej napisanych tekstów? Minimalna integracja z publiką, zero improwizacji czy to w muzie czy w rymowaniu. Jakoś tak od niechcenia jakby zagrali. I tylko pół godziny. Choć może w sumie to i lepiej… Mam nadzieję, że będzie dane zobaczyć Eldokę jeszcze raz, by zatuszował to kiepskie wrażenie.
Grammatik schodzi ze sceny, pojawia się O.S.T.R. (tego wieczoru także w roli konferansjera) i zapowiada drugi support – Pezet/Noon, autorów jak dla mnie jednej z najlepszych płyt hiphopowych w Polsce (chodzi o debiutancki LP „Muzyka Klasyczna”). Przed Tha Liksami, gdy widziałem ich na żywo po raz pierwszy, było zajebiście. A i tym razem spisali się na medal. Zero problemów z nawiązaniem kontaktu z publiką. Może na dłuższą metę męczyć ciągłe nawoływanie do robienia hałasu, no ale taki już urok rap koncertów. Było trochę kawałków z drugiej, najnowszej płyty „Muzyka Poważna”, ale na mnie (i chyba na innych też) największe wrażenie zrobiły utwory z debiutu – „5-10-15” (bez Mesa, ale z fajnym przyspieszeniem tempa pod koniec numeru), „Re-fleksje”, no i największy hicior na sam koniec – „Seniorita”. Set niewiele dłuższy od Grammatika, ale zleciało jak z bicza strzelił.
Trzeci w kolejności zaprezentował się pan o ksywie Mercedresu. Przyznaję bez bicia, pierwszy raz o nim usłyszałem. Generalnie trzeba było podejść z duuuużym przymrużeniem oka do koleżki. Wspomagany przez drugiego ziomka i niejakiego DJ Zusa, zaprezentował klimat najbliższy gwieździe wieczoru (w pewnym momencie nawet pokusił się o parafrazę „Get Busy” z polskim tekstem). Podkłady bujające, lyricsy raczej bardzoo odległe od tych pisanych przez Eldo – pierwszy numer o jaraniu, drugi też, trzeci… a to wszystko przeplatane peanami na cześć baunsujących dziewcząt. Cóż, takie klimaty też mają swoje zalety. Nieliczne, ale lepiej już skupiać się na nich niż od razu narzekać. Niewątpliwie najjaśniejszym punktem występu Mercedresu był występ koleżki z 3miasta, w wieku góra lat 10, tworzący taki bitbox, że kopara wysiada. Jak będzie się on wciąż rozwijał to co to będzie za jakieś kolejne 10 lat…
Dobra, czas na ostatni support: O.S.T.R. Wiadomo – Klasa. Najlepszy fristajl, najlepsze rymy, którymi nadrabia nie zawsze najlepsze teksty. Choć dziwny numer pan ostry wykręcił na początku. Otóż na scenę zaprosił jakiś mało znany brytyjski zespół hiphopowy o nazwie Mega Skills czy coś podobnego. Czterech kolesi z bijącą po uszach angielszczyzną plus w paru kawałkach wokale bądź co bądź bardzo ładnej pani wokalistki. Dobrze zagrali, ale w sumie wszyscy czekali na samego O.S.T.R., no i na grającym po nim Seanie Paulu. I może z tego też powodu występ Łodzianina zaczynał się w pewnym momencie nużyć. Chyba cztery (a właściwie to pięć) supportów to jednak ciut za dużo. Znacznie lepiej będę więc wspominał koncert Ostrego w Żaku. „Kochana Polsko” oczywiście musiało być. Jak i obowiązkowe nawoływanie do zalegalizowania.
Schodzi O.S.T.R., ostatni z supportów. Niestety w tym samym momencie malutki deszczyk, wcześniej co jakiś czas nawiedzający Sopot, teraz zamienił się w już konkretniejszą ulewę. Na scenę wszedł nadworny hiphopowiec Polski, Hirek wrona, by zapowiedzieć gwiazdę wieczoru. SEAN PAUL! Spodziewałem się, że będzie jakaś przerwa techniczna, a tu koleś niemalże od razu wparował. I zaczęła się jazdaaaa!
Przyznaję, ze jak nie byłem nigdy fanem tego pana, tak muszę teraz przemyśleć mój stosunek do niego. Bo oto chłop, po którym prędzej spodziewałbym się odwalenia jakiejś niecałogodzinnej fuszerki, daje prawdziwe Koncercicho. Półtorej godziny z muzyką tworzoną przez wyjebanego perkusistę i basistę (no sekcja rytmiczna w tej muzyce to sprawa ważka), no i nie mniej zdolnych gitarzystę i klawiszowca. I tylko kiepsko nagłośnione wokale Paula i jego dwóch hypemanów mogły przeszkadzać. Ale kto by tam słuchał o czym nawija Sean Paul, jak na scenie baunsowały tak zajebiste cztery czarnoskóre piękności ze hej.
W każdym razie klimat był przezajebisty. Bauns najwyższej próby. Za to kolejny plus dla pana Paula. Wszak nie każdy koncert musi być używką dla mózgu. Może być też i okazją do pogibania się i posłuchania zajebistych instrumentalistów. Następny plus należy się za repertuar. Na rozgrzanie – przebojasy. Czyli niemal w tej kolejności: „Gimme the Light”, „Make Tt Clap”, „Baby Boy”, „I’m Still in Love with You”. To wszystko w mniej więcej minutowych urywkach. Potem już zaczęły się grane w całości, mniej oczywiste numery. Bliżej korzennego dancehallu niż jego popowej odmiany – choć w pewnym momencie zagrali ponownie to nieszczęsne „I’m Still in Love with You”, tym razem od początku do końca (Sasha niestety z kompa…). Czasem było też i najzwyklejsze reagge . Choć może się nie znam…
Półtorej godziny szału, przedstawienie muzyków i koniec. Jak to koniec?!? Nie może być! Wracają. Grają „Like Glue” oraz kawałek, bez którego nie mógł się ten koncert obejść. No co, no co? „GET BUSY”!!! Całe molo śpiewało to „shake that thing tralalala”. Piosenka już w wersji studyjnej robi wrażenie, a jak dodać do tego świetne wykonanie na żywo plus klimat na scenie, to w efekcie otrzymaliśmy najlepsze chwile tego koncertu.
I to był już koniec. Nie żałuję że byłem. Tak, wiem, jestem komercyjną szmatą. Ale nigdy tak dobrze się z tym nie czułem!
najlepszy moment: SEAN PAUL – GET BUSY
ocena: 7,5/10

