Luke Hemmings
kto: Luke Hemmings
Być może istnieje oficjalna statystyka, ale gdybym miał tak na oko liczyć ile tygodniowo wydaje albumów i EPek Sony Music, w którym mam przyjemność pracować (zresztą myślę że w innych majorsach jest podobnie), to byłoby to z kilkadziesiąt pozycji – przy czym liczę wydawnictwa z wszystkich oddziałów lokalnych, nie tylko tych największych jak US czy UK. Dodajmy do tego jeszcze jakieś setki singli i w tym momencie okazuje się, że bycie sumiennym pracownikiem będącym na bieżąco z aktualną ofertą firmy jest w tym wypadku niemożliwe, o ile chce się mieć choćby resztki worklife balance.
Wstęp ten stąd by wytłumaczyć się jakoś, dlaczego przed omawianym dziś koncertem zupełnie nie znałem repertuaru głównego bohatera, mimo iż aktualnie zajmujący się nim oddział Sony (bo wcześniej zajmowali się nim jego krajanie w Australii) w Stanach dwoi się i troi w budowaniu mu zasięgu. Ba, powiem więcej – nigdy w życiu nie słyszałem ani jednej piosenki 5 Seconds of Summer któremu dowodzi (dowodził?). Ignorancja? Jak już wielokrotnie tu wspominałem, dawno już odpuściłem wyścigi na jak największą ilość przesłuchanej muzyki.
Inna sprawa, że z dzisiejszej perspektywy żałuję że wyszło tak a nie inaczej – bo to był naprawdę przyzwoity, uczciwie zagrany koncert. Na pełen rockowy skład, bo solowa oferta Luke’a lawiruje w indie/dream popowych klimatach i jeśli porównywać go do australijskich kolegów po fachu, to bliżej mu dziś do Empire of The Sun niż, dajmy na to, Savage Garden. A zagrany cover „Friday I’m In Love” The Cure, nawet jeśli mówimy o jednej z najlżejszych i najpopularniejszych hitów Roberta Smitha, tylko ten nowy kierunek potwierdza.
W powyższym kontekście muszę jednak przyznać, że odczuwałem dysonans poznawczy między tym co było słychać ze scena a tym co wydobywało się z sektorów publiki. Bo to niemal jeden długi pisk, który spokojnie mógłby rywalizować tym który wybrzmiewa na koncertach Harry’ego Stylesa. Przy czym na Harry’ego chodzą też „normalsi” zachęceni radiowymi hitami. Tu była wybitnie „insiderska” fanbaza, znająca i śpiewająca każde słowo. I choć przypuszczam, że w przeważającej liczbie to fani jeszcze z czasów 5SoS, która niekoniecznie nawet po koncercie sięgnie głębiej do dyskografii The Cure (nie mówiąc już o jakichś The Smithach czy MBVach), to w sumie czy to ma jakieś znaczenie. Z gatekeepingu się wyrasta, naprawdę.
Zazwyczaj żałuję, że danego wykonawcy/zespołu nie widziałem wcześniej – bo większość swe najlepsze rzeczy nagrywa na początku kariery kiedy jeszcze im się chce, a każda kolejna trasa promująca kolejny nowy album oznacza mniejszą ilość starszych piosenek w setliście. W przypadku Hemmingsa jest odwrotnie – ewidentnie bardziej podeszły mi rzeczy z nowego albumu (EP?) „boy”, jak „Close My Eyes” czy „Shakes”. Więc jeśli znów wpadnie nad Wisłę, to i ja tam będę, tym razem w pełni przygotowany.
najlepszy moment: SHAKES
ocena: 7,25/10
