rageman.pl
Muzyka

The Kid LAROI

gdzie: Progresja, Warszawa

kto: The Kid LAROI, Sam Tompkins

 

Początek wiosny zaobfitował w tyle polskich koncertów światowych gwiazd popu jak nigdy. Madison Beer, Zara Larsson, na horyzoncie przyjazd Tate McRae. No i The Kid LAROI.

Inną kwestią jest, czy sam Australijczyk chciałby być wrzucany do jednego worka z tymi postaciami. Bo owszem, pośpiewuje, ale też i rapuje. Bo przecież dogrywał się do niego i Future i Central Cee. Niemniej trudno mi oprzeć się wrażeniu, że gdyby TKL zaczynał karierę w Polsce dwadzieścia lat temu, to kazałby się nazywać Mezo i nagrywałby z Gosią Andrzejewicz. Jasne, dziś ta granica międy popem i rapem jest tak wyblakła że prawie niewidoczna, w skali lokalnej jak i globalnej. Ale zanim taki np. Kizo poszedł w disco polo (i to dosłownie przecież, wyobraźcie sobie nawet te 10 lat temu rapera coverującego „Co Ty mi dasz”!) to zdobył szacun na ulicy i nagrywał dość prawilne hip hopy (na ile były dobre to już inna sprawa). Nie wiem jak jest w Stanach, ale nigdy nie poznałem wielbiciela rapsów, nowych czy starych, deklarującego się jako fan TKL. Ba, właściwie to jeszcze przed samym koncertem się zastanawiałem kim jest właściwie polski fan Kid Laroi’a.

Bo to że nie ma tych fanów aż tyle okazało się w momencie ogłoszenia przeniesienia koncertu z Torwaru (gdzie wszystkie koncerty wspomnianych na wstępie gwiazd popu miały lub będą mieć miejsce) na mniejszą – choć wciąż nie przynoszącą wstydu rozmiarami – Progresję. Jak na chłopa którego piosenka („Stay”) jest jedną z najczęściej odtwarzanych na Spotify jest to pewna zniewaga. Nawet jeśli nie bez znaczenia przy sukcesie tego utworu był udział innego prawilniaka, Justina Biebiera… Wątpliwości co do frekwencji na koncercie spotęgowały się też przy przybyciu do klubu – brak kolejki oczekujących do wejścia to jest jednak novum. W samej sali głównej trochę już tych osób było – na oko oceniłbym na połowę pojemności.

Nie wiem na ile zmiana miejsca koncertu zmusiła do reorganizacji tego co miało się dziać na scenie. Jeśli nic no to cóż, może i dobrze się stało z przenosinami. Bo poza ekranem z tyłu i stanowiskiem DJ’a nie działo się na tej scenie dosłownie nic. Jasne, na za wiele ta scena Progresji nie pozwala, ale też bez przesady – koncerty Szczyla, Sofi Tukker czy jeszcze kilku innych (w tym polskich) wykonawców pokazały, że fajerwerki i confetti są raczej nieosiągalne w tym miejscu, ale pomysłowa scenografia już jak najbardziej. Trzeba tylko chcieć. A Kidowi, mam wrażenie, średnio się chciało.

Bo z tym, że cała muzyka była odpalana z palca przed DJ’a mogę się pogodzić – tak wyglądają koncerty rapowe i to przecież nie od wczoraj. Zanim wyszedł Kid DJ próbował rozgrzać atmosferę selekecją utworów – tu można było w końcu się przekonać kim są polscy fani Laroi’a. I przyznam że jest to specyficzna mieszanka – z jednej strony „dziewczyny pop”, które prawdpodobnie zaliczyły też inne koncerty tej pop-wiosny. Z drugiej – najbardziej „wynaturzone” wersje fanów rapu, na przecięciu światów newschoolu, emo i może też i LGBT. To już chyba to pokolenie, które zupełnie już odłączyło się od korzeni gatunku. Czy mam z tym problem? Nie, gatunek ewoluuje, słuchacze razem z nim i jest to wspaniałe. Właśnie dlatego to rap jest mainstreamem, a nie rock.

Mam jednak duży problem z czym innym. Chłopie, życzysz sobie ponad 200 złotych za bilet (ok, wiem że nie Ty bezpośrednio, ale uprośćmy sprawę na moment). Nie jest to aż tak duża kwota, jeśli się na przykład porówna  z Toolem, Metallicą czy, z innej mańki, Harrym Stylesem bądź Edem Sheeranem. Ale wiesz czym się różnią ich koncerty od Twojego? Że oni niemal dwie godziny lub nawet więcej grają NA ŻYWO. Beyonce czy wspomniane wcześniej dziewczyny pokroju Zary czy Tate owszem, wspomagają się taśmą i to dość konkretnie, ale czy Ty widziałeś co one na scenie wyczyniają? Nawet ten James Arthur w lutym, który też przecież raczej głównie dośpiewywał do backtracków, to przynajmniej miał zespół który dbał by coś się w aranżacjach działo. A ty co, podkłady z palca i bez żadnego zażenowania wokal z playbacku. I Ty jeszcze schodzisz ze sceny po mniej niż godzinie?? Chłopie, Ty się zastanów, Ty oszukałeś 40 milionów Polaków … no dobra, znacznie mniej. Ale może i na szczęście mniej. I przestać truć farmazony że się pizzą zatrułeś. Zatruta pizza może i skrócić koncert (chociaż zauważam dziwną tendencję na tych ostatnich koncertach, że każdy playbackowiec tłumaczy się chorobą lub innymi nieszczęsciami), ale nie słyszałem by pizza wpływała na głos.

Szkoda tylko tych ludzi, którzy śpiewali z Tobą – a właściwie za Ciebie – każdy jeden wers, chociaż najgłośniej przy tych największych hitach, tj. „Stay” i „Without You”. Ba, nawet rozkręcili dla Ciebie pogo, jakiego by na Cloucie się nie powstydzili. Ktoś powie że ta publika ma w dupie śpiew na żywo i pewnie tak jest, co pokazał wspomniany Clout Festival, gdzie na palcach jednej ręki można by policzyć raperów nawijających na żywo. Ale też może oni nie wiedzą że można inaczej? Być może najlepszym „podziękowaniem” za ten występ było to, że najgłośniej skandywano nie Twój pseudonim, a… Eryka Moczko. Który, aby było śmieszniej, był na tym koncercie. I zapewne czekał aż go zaprosisz na scenę, tak jak na Orange Festivalu. Taka zmarnowana szansa, choć nie jedyna tego wieczoru.

Mimo wszystko nie mogę powiedzieć że się źle bawiłem. Ale w kontekście powyższego tym bardziej zaskakująco jakościowy był support tego wieczora. Jasne, może to balladowanie Sama Tompkinsa było trochę na jedno kopyto. Ale jaki ten chłop ma dryg do melodii, jaki ma kawał głosu! Przesympatyczne zaskoczenie.

 

najlepszy moment: STAY

ocena: 7/10

 

Leave a Reply