Jeden rok, jedna noc
reżyseria: Isaki Lacuesta
19 czerwca 2005 roku trójka dwudziestolatków z Gdańska wyruszyła do stolicy na koncert Queens Of The Stone Age w Stodole. Dwóch chłopaków i dziewczyna, znają się jeszcze z liceum. Dwójka z nich tworzy parę od dobrych kilku lat, chociaż od jakiegoś czasu jest to raczej relacja on/off – na tamten moment na fali wznoszącej, stąd pomysł na wspólny wyjazd. Przed QOTSA gra zespół Eagles of Death Metal – świetne wprowadzenie przed gwiazdą wieczoru.
Skąd ten dziwaczny, autobiograficzny wstęp? Otóż „Jeden rok, jedna noc” opowiada także o uczestnikach koncertu Eagles of Death Metal, tyle że późniejszego o 10 lat i mającego miejsce nie w Warszawie, a w Paryżu. Kluczowa różnica polega też na tym, że mówimy o jednym z najbardziej tragicznych wydarzeń artystycznych, podczas którego życie straciło ponad sto osób. I oczywistym jest, że każda śmierć to tragedia, a już na pewno przedwczesna. A jednak w takich wydarzeniach jak to w Bataclan jest, przynajmniej dla mnie, wyczuwalny jakiś dodatkowy, unikalny wymiar tej tragedii. Rozrywka – czy to koncert czy wyprawa do kina – z definicji jest swego rodzaju eskapizmem, mającym na celu oderwanie na te dwie godziny od przyziemnych trosk, dramatów. Uciekasz do innego świata od świata, który koniec końców dopada Cię w najbrutalniejszy ze sposobów. Ale co z tymi, którzy ocaleli z tej konfrontacji? Owszem, były materiały filmowe dotyczące tej paryskiej nocy – ale dotyczyły one niemal wyłącznie zespołu, jako najbardziej medialnych ocalonych. A co z wszystkimi pozostałymi, którzy muszą do końca żyć z tym, czego wtedy doświadczyli i co zobaczyli?
Film Lacuesty jest niejako hołdem dla tych wszystkich osób, chociaż – opierając się na spisanych w książce wspomnieniach jednego z uczestników koncertu – skupia się przede wszystkim na dwóch osobach. Chociaż są parą bardzo się kochającą i wspierającą, to traumę przerabiają w zgoła odmienne, z czasem oddalające ich od siebie sposoby. On chce mówić i rozmawiać o tej listopadowej nocy jak najwięcej, próbuje sobie przypomnieć każdy najdrobniejszy detal. Ona przyjmuje strategię maksymalnego wyparcia ze świadomości, maksymalnego skupiania się na codziennym życiu. Co w kontekście jej pracy z imigranckimi mniejszościami nie jest też takie proste – tu brawa dla reżysera, bo w dobie wszechobecnego PC na pewno łatwiej byłoby przemilczeć wątek sprawców tragedii i ich backgroundu, zwłaszcza że film nie jest o nich. A jednak uważam, że właśnie tym wszystkim ofiarom należy się, by mówić o i wskazywać winnych – bez zbyt daleko idącej indukcji i ksenofobicznych wycieczek.
Świetnie działa też sama konstrukcja filmu – z jednej strony obserwujemy dalsze losy bohaterów tamtych wydarzeń, ale w przebitkach – ściśle korespondujących z poprzedzającymi je scenami – widzimy w porządku chronologicznym wydarzenia z samego koncertu. I właśnie dzięki temu, że wiemy co będzie dalej, całość trzyma w napięciu. I też zaskakuje – chociaż tutaj by nie psuć efektu postawię kropkę.
Bardzo intymny, delikatny, skromny obraz. Uczciwie nie potrafię ocenić tego filmu wyżej, ale też mam wrażenie że ten film opowiada swoją historię w najbardziej adekwatny sposób i nie jestem w stanie odpowiedzieć czego mu brakuje do bycia Wielkim Kinem. A może na tym braku aspiracji polega jego wielkość?
najlepszy moment: … i nagle wszystko nabiera sensu
ocena: 7,75/10
