rageman.pl
Muzyka

The Rolling Stones – GRRR!

rok wydania: 2012

wydawca: ABKCO

 

Przerwa w omawianiu rapsów. Czas wrócić do źródeł Muzyki.

Ostatni raz o Rolling Stonesach rozmawialiśmy tu dość dawno, bo całe cztery lata temu. I gdy tak przeglądam te archiwalne notki w temacie ekipy Jaggera to trudno nie uznać, że podchodziliśmy do tematu od, za przeproszeniem, dupy strony. Tu biografia, tam koncertówka w wersji CD bądź DVD, film dokumentalny, nawet relacja z koncertu (Warszawa ’07, pamiętamy) się przytrafiła. Ale choćby nie wiadomo ile Stonesi (Stonsi? Stąnsi?) zawdzięczaliby swojej, nazwijmy to, postawie medialnej (do której można zaliczyć zarówno image, jak i unikalna łatwość wywoływania kontrowersji), to przecież najważniejsza w tym wszystkim jest Muzyka. Ta z płyt studyjnych, bo bez nich przecież nie byłoby „Get Yer Ya-Ya’s Out!” i wszystkich innych kapitalnych albumów live.

Problem w tym, że przy całej, wieloletniej sympatii do tego zespołu, ponad moje siły jest nazwanie któregokolwiek z albumów RS mianem klasycznego. Oczywiście świat, a media w szczególności, nie mają z tym problemu – „Exile On Main St.”, „Let It Bleed”, „Beggars Banquet”, parę nazw można by tu jeszcze dorzucić. Jasne, to świetne albumy. Ale gdybym postawił na półce którykolwiek z nich obok „Sierżanta Pieprza”, „Dark Side Of The Moon” czy wczesnych Led Zeppelinów (by sięgnąć po najbardziej oczywiste przykłady klasyków sprzed kilku dekad), za każdym razem patrząc na nią miałbym odczucie, że coś na załączonym obrazku nie gra. Jeśli ktoś, nie wiedząc oczywiście o mojej przehajpowanej znajomości muzyki, spytałby się mnie o album, dzięki któremu dozna zajebistości The Rolling Stones, odpowiedź byłaby jedna. „Pomidor”.

Dlatego o ile nigdy specjalnie nie fanowałem instytucji Greatest Hits’ów, tak w przypadku Rolling Stones takie wydawnictwo to pomysł nie tylko wygodny dla niedzielnych słuchaczy, ale też zbawienny dla takich muzycznych rozkminiarzy jak ja. Bo własnie w takim formacie słychać Rolling Stones na miarę ich talentu i potencjału. W formacie, która pozwala ich jako zespół postawić na równi z The Beatles, a w nie tak wąskiej przecież kategorii „Rock And Roll” – na samym szczycie.

Z tego też względu witam „GRRR!” (w sumie cieszę się, że dostałem album w prezencie, bo głupio byłoby pytać się o niego w sklepie) z otwartymi uszami. W mym serduszku nie ma żalu, że dostajemy nie pierwszy przecież best-of zamiast w pełni premierowy materiał, wyczekiwany od ośmiu lat. Wyczekiwany? Serio, ktoś czeka na następcę „A Bigger Bang”? Nie aby to był zły materiał, ale ktokolwiek przesłuchał go ponownie od czasu premiery? Oczywiście nie jest powiedziane, że nie są już w stanie nagrać Dobrej Płyty, ich rówieśnicy Bob Dylan czy Paul McCartney regularnie wydają mniej lub bardziej udane płyty. Ale w przypadku kolektywu, który widzi się zapewne raz na rok (o ile oczywiście nie są w trasie), wydarzeniem są nawet dwa premierowe kawałki z „GRRR!”. No, ale o nich później.

Omawiana dziś kompilacja ukazała się, zgodnie z obowiązującym dziś trendem, w 7294323 wesjach, z których ta najbardziej uberdeluxe poza miliardem płyt CD i DVD zawiera także plakat, pocztówki i umoczony w formalinie paznokieć każdego z muzyków (obecnych, jak i byłych – polujcie na wersje z Brianem Jonesem). Najbardziej standardowa wersja zawiera dwie płyty, ale warto upolować wersje trzypłytową. Nie tylko dlatego, że co trzy godziny to nie dwie. Przede wszystkim te trzy płyty w fajny sposób dzielą dyskografię zespołu na trzy, rzeczywiście dość różne pod względem brzmienia (jakości jednak też) etapy.

Zaczynamy oczywiście od CD1. Czyli lata sześćdziesiąte. Najwcześniejsze dokonania, włącznie z debiutanckim singlem „Come On”. Dekada nieoficjalnej, a jednak dość wyraźnej w muzyce i otoczce medialnej rywalizacji z Fab Four. Może słowo rywalizacja brzmi śmiesznie w kontekście udziału (nie odnotowanego w creditsach, ale jednak) Lennona i McCartney’a w zamykającym program tej płyty, psychodelicznym „We Love You”. Nie da się jednak ukryć, że przebieg tego pierwszego etapu kariery jest zbyt analogiczny do historii Liverpoolskiej Czwórki, by nie było nic na rzeczy. Czyli wpierw opieranie się niemal wyłącznie na cudzesach (najfajniejszy wspomniany „Come On”), poprzez stricte rockandrollowe, przebojowe single („Satisfaction” oczywiście, ale też „Get Off My Cloud”), kończąc na etapie „dojrzałości”, rozumianej jako zastosowanie szerszego instrumentarium, otwarcie się na psychodelę i bardziej liryczne klimatu („Ruby Tuesday”, sercołamacz „As Tears Go By”). Szczególnie w numerach z tego ostatniego okresu widać, jak genialnym elementem tej układanki był Brain Jones. Może Jagger i Richards pchali ten zespół do przodu jako kompozytorzy (aczkolwiek nie jest tajemnicą, że ta ich spółka autorska jest dosyć ściemnioną kwestią, mającą więcej wspólnego z Biznesem niż Sztuką), ale pod względem instrumentalnym nie było w Rolling Stonesach lepszego muzyka od Jonesa, ani w czasie jego obecności w zespole, ani też później (z całym szacunkiem do Taylora i Wooda). Bo o ile ten najsłynniejszy tutaj „Satisfaction” to wizytówka geniuszu Richardsa, tak te mniej oklepane numery „robi” już Jones. Jak oparty na dźwiękach sitaru „Paint It, Black” czy marimbowy „Under My Thumb”, którego energia prowokuje do biegania z ukochaną za rękę po lesie i beztroskiego zlizywania kory z drzew. Sorry, taka wizualizacja. Przejdźmy więc do drugiej płyty.

Drugiej, czyli zbierającej materiał singlowy z tych najsłynniejszych płyt z przełomu lat 60tych i 70tych. Co oczywiście się przekłada na najwyższą z całej trójki jakość tej płyty. Nie ma sensu tłumaczyć, czemu taki „Gimme Shelter” za każdym razem ściska za gardło, a obłędny groove „Sympathy for The Devil” musi mieć coś wspólnego ze sprawami piekielnymi. Albo to czujesz albo zapraszam ponownie jutro. A może chociaż „Wild Horses” lub „Angie”? Nie, poważnie, nie wyobrażam sobie, by nawet te numery kogoś nie ujmowały. Aż się zdenerwowałem, przejdźmy zatem do konkluzji. A raczej drobnej refleksji, którą rozwiniemy w następnym akapicie. Czy „Fool To Cry” nie brzmi Wam jak piosenka Prince’a?

Właśnie. Podobieństwo „FTC” do ballad Śmiesznego Mulata Z Wąsikiem czysty zbieg okoliczności, biorąc pod uwagę że powstał on na długo przed debiutem tego pana. Ale trzecia płyta jako całość pokazuje, że Stonesi ewidentnie nie byli obojętni na to, co aktualnie działo się w Muzyce. Można to rozpatrywać w dwójnasób – jako koniunkturalizm (biorąc pod uwagę biznesową osobowość Jaggera – zarzut ciężki do obalenia), ale też jako umiejętność inkorporowania obcych wpływów na potrzeby własnego stylu. Przecież frazy o „trzymaniu ręki na pulsie” nie wymyślono po to, by obrażać. Czy ewidentnie inspirowany disco „Miss You” nie zasługuje na miano Klasyka, nawet jeśli chłopaki wykonują ten numer na koncertach z Justinem Timberlakiem (true story, bro)? Jasne, czasem prowadziło to na mielizny pokroju „Undercover Of The Night” czy tyle sympatycznego, co zupełnie błahostkowego „Harlem Shuffle”. Ale już w lata 90-te weszli w pełni stylowo, nie trzymając się tak kurczowo aktualnych trendów, a jednak fajnie z nimi korespondującymi. Np. taki „Love Is Strong” – niby nie ma nic wspólnego ani z britpopem, ani tym bardziej z grunge’m, a jednak brzmi dokładnie jak powinien brzmieć kawałek w roku ’94, w okresie jak mało który w historii muzyki przychylnym dla rocka. Podobnie jak „Anybody Seen My Baby?” – produkcja Dust Brothers, rapowy sampel, a jednak nie poszli w taki eksperyment jak David Bowie w tym okresie i wciąż trzymają się korzeni rockowych. No i XXI wiek – wiek tzw. nowej rockowej rewolucji. Ojcostwo Jaggera i spółki jest więcej niż ewidentne. Co w balladowym (i ładnym) „Streets Of Love” z „A Bigger Bang” może tak słyszalne nie jest, ale już w „Can’t Stop” (ze składaka „Fory Licks”), czy przede wszystkim w premierowym „Doom And Gloom” jest ewidentne. Przecież te zwrotki to The Hives jak w mordę strzelił, a przy tym mające energię singli z lat 60-tych. Ok, kompozycyjnie żadna rewelacja (dotyczy to też drugiej premiery, zbyt AC/DC’owego „One More Shot”), refrenu prawie nie ma. Ale jako podsumowanie 50-letniej, zataczającej koło historii – rzecz niemal magiczna.

Kapitalne podsumowanie Zjawiska Rolling Stones. Co tu jeszcze dodać? Podczas luźnej gadki usłyszałem na piwie od muzyka Pewnej Trójmiejskiej Kapeli, że Rolling Stones to wałkowanie wciąż tego samego numeru. Cóż, „GRRR!” nie tyle zadaje kłam tej tezie, co ją doszczętnie kompromituję. Zatem personaliów nie przytoczę, z dobrego serca.

 

najlepszy moment: GIMME SHELTER

ocena: 10/10

Leave a Reply