Stevie Nicks – Bella Donna
wydawca: Modern
czasem grzebanie w starociach moze zaowocowac conajmniej ciekawymi odkryciami. o tym za chwile jednak.
skoro wczoraj poruszlismy temat Fleetwood Mac, to jest okazja by poswiecic jedna notke zjawiskowej w powszechnej opinii pani Stevie Nicks. okej, jest charyzmatyczna – to slychac w tych dzwiekach, to jej osobe podaja za inspiracje tak rozne songwriterki jak sheryl crow, courtney love czy tori amos. jest ladna, co widac zarowno we wkladce „Rumours” jak i „Bella Donna”. bajeczne oczy, mozna sie zakochac. ale juz sama tworczosc przy zjaiwskowosci nawet nie stala. chociaz zdarzaly sie jej pojedyncze strzaly jak „Dreams” czy „Gold dust woman”, to „Bella Donna” potwierdza ze solowa kariera nie byla jej pisana.na tamten czas przynajmniej.
z creditsow mozna wyczytac, ze material byl tworzony na przestrzeni lat. pierwsze piosenki powstaly w 1975 czyli w czasie, kiedy Fleetwood Mac mial sie calkiem dobrze. wniosek – dziewucha chowala numery do szafy uznajac iz sa tak dobre, ze bedzie je firmowac wylacznie wlasnym nazwiskiem. albo uznala ze nie pasuja do repertuaru grupy. pierwszy argument jest niedorzeczny, wiec zostaje druga opcja.
i rzeczywiscie, niektore piosenki sa zaskakujace. bo nie przypuszczalem, ze Stevie zasmakuje w country. chociaz… otoz sa tacy co uwazaja takze wokal Nicks za zjawiskowy. owszem, barwa jest cudna. ale z odpowiednia maniera brzmi niefortunnie jak reinkarnacja Dolly Parton. i sluchajac „BD” ma sie wrazenie, jakby stevie byla tego swiadoma i chetnie z tego skojarzenia korzystala. blad. bo pol biedy, kiedy aranzacje traca amerkanskim rockiem srodka. ale takie koszmarki jak „After the glitter fades” to juz totalne country. nie kupuje, brzydze sie wrecz.
jak juz kiedys wspominalismy, tego typu plyty powstaja na zasadzie „pokaze swiatu, jakie to fajne znajomosci nawiazalem/am grajac w zespole X”. nie inaczej jest tutaj. zwracaja zwlaszcza uwage dwa nazwiska. Tom Petty. podarowal Stevie wlasna kompozycje „Stop draggin’ my heart around” (w ktorej graja muzycy jego kapeli Heartbreakers), ktora wyladowala na singlu oraz zagral na gitarze w „Outside The Rain”. Don Henley z Eagles stowrzyl zas duet wokalny w „Leather and lace” oraz wystukal rytm w zamykajacym album „The Highwayman” (w ktorym na gitarze gra inny Orzel, Don Felder). i wlasciwie na wydarzeniu towarzyskim sie sprawa konczy.
wlasciwie jest jeden tylko powod dla ktorego jest powod siegnac po te plyte czesciej niz raz na rok. nosi on nazwe „Edge of seventeen”. kapitalny, wreszcie nie partonowy wokal, ladna melodia i przede wszystkim wyjebana w kosmos partia gitary. niby dwa-trzy dzwieki gitary, ale zre jak jasna cholera. co docenili trackmasterzy pracujacy dla Destiny’s Child, samplujac te parte do „Bootylicious”. i to jest wlasnie ta ciekawostka. bo fajnie czasem znac oryginalne pochodzenie genialnych sampli. i za ten smaczek, jak i caly numer, pol punkta wyzej.
najlepszy moment: EDGE OF SEVENTEEN
ocena: 6,5/10
