rageman.pl
Muzyka

Hey – [Koncertowy]

koncertowyrok wydania: 2003

wydawca: Warner

 

tak sie jakos smiesznie zlozylo, ze choc uwazamHey’a za jeden z najwazniejszych polskich zespolow ever, chociaz kibicuje im niemalze od poczatku (znow wplyw Siostry) to nie bylem ani razu na ich koncercie. co jest o tyle dziwniejsze, zeswego czasu popierdalalem na kazdy koncert odbywajacy sie w miescie. a w przypadku Hey’a zawsze cos wyskakiwalo – choroba, wazna impreza itepe itede. wiec poznaje Heya koncertowego dopiero z tej plyty.

oczywiscie mowie o Heyu w obecnym wydaniu. bo juz przeciez nosowska ze spolka maja koncertowke na koncie – „Live!”. tyle ze to byla rzecz wydana z potrzeby chwili (9tysieczna publika i obecnosc MTV piechota nie chodzi), a nie przemyslany ruch zespolu. zespolu, ktory obecnie jest w zupelnie innym miejscu. mentalnie, popularnosciowo, repertuarowo, personalnie.

podobnie jak w przypadku omawianych niedawno koncertowek Pearl Jam, tak i ta powstala w wyniku trasy koncertowej promujacej slaby w sumie album (tutaj: „[sic!]”). co nie przeszkadza jej byc bardzo dobrym wydawnictwem. ktoremu wlasciwie ciezko cos zarzucic.

no bo atmosfera jest? jest. nie ma tu takiego szalenstwa i piskow jak na „Live!”, zagluszajacych co chwila sam zespol. jest „kulturalna interakcja” doswiadczonego zespolu i ladnie wychowanej przez niego publiki, ktora przyjmuje z  podobnym entuzjazmem w sumie material z kazdego okresu. okej, slychac jakies malolaty wypiskujace „sowe” czy „zazdrosc”, ale oszolomy zdarzaja sie wszedzie. inna sprawa ze zespol bardzo chetnie siega po tei innestare hity. ale o tym za chwile. wracajac do poprzedniej mysli – za najwieksza malolate robi tradycyjnie Nosowska. 10 lat na scenie (jubileuszowa wszak to trasa byla), a ona dalej przeprasza na scenie ze zyje. ale taki to juz urok Kasienki. love it or hate it za pretensjonalnosc.

jest dobra forma zespolu? jest. bez watpienia pawel krawczyk jest swietnym kompozytorem, ktory wlasciwie narzucil nowy kierunek zespolu juz od pierwszej plyty Heya z jego udzialem. co nie zmienia moim zdaniem faktu, ze gitarzysta lepszym jest marcin zabielowicz. co slychac tez na tej plycie. niby to tylko dzwiek, ale jestem w stanie sobie wyobrazic, ze za wiekszosc dzwiekow gitarowych tutaj odpowiada marcin, z tymi swoimi oldskulowymi herami stojacy na uboczu i w skupieniu i jednoczesnie natchnieniu odgrywajacy swe partie, nierzadko improwizowane. moze wtedy jeszcze krawczyk nie wtopil sie tak mocno w heya pod wzgledem koncertowym, nie wiem… a byc moze wynika to z repertuaru, o ktorym znow – za chwile. wrocmy jeszcze do glownego watku tego akapitu -kazdy w sumie tutaj jest w wybornej formie, kazdy stara sie jak moze. i kombinuja jak moga. swietnie wyeksponowany bass w „Zobaczysz”. kapitalnie wpleciony taneczny beat w „Zazdrosci” (szkoda ze nie pociagneli watku). set staroci „Ja sowa”/”Fate”/”how” wykonany na sam wokal i gitare akustyczna. w sumie wiekszosc numerow zostala poddana liftingowi. udanemu. chociaz troche szkoda, ze z „that’s a lie”, choc przearanzowanego intrugujaco, jakos uleciala zupelnie „napieciogennosc”…

w koncu – jest dobry repertuar? jest. 4 piosenki autorstwa Krawczyka na 24 w calosci to niewiele. ale jak juz wspomnielismy – natenczas byl w zespole od jednej plyty. a ze byla moim zdaniem sredniacka to w sumie i tak chlopak mial szczescie. cieszy tez ze pomineli jeszcze bardziej sredniacki self titled. a reszta to juz optymalne wymieszanie obowiazkowego musu i smacznych bonusow. do tych pierwszych naleza oczywiscie najbardziej archiwalne rzeczy – „Ja sowa”, „Teksanski”, „Zazdrosc”, „Anioł”, „Niekoniecznie o mezczyznie”. braku „Listu” czy „Misiow” nie zal. bo zdecydowanie cieszy mnie obecnosc fajnej reprezentacji imho najbardziej rozjebujacej system plyty Heya, czyli „Karmy” – „natasza”, „ze”. tradycyjnie miazdzy bebenki riff „Doroslosci jako poczatek umierania”. a na grande finale to, co koncertowi bywalcy lubia najbardziej – covery. tu w liczbie jeden (tzn, niby dwa, ale… o tym zaraz) – „Where is my mind” Pixies. zachowawcze dosyc, ale te numer MUSI TAK BRZMIEC. po prostu. a poza tym oryginalniej potraktowali drugi cover. o ktorym akapit nizej.

no i wlasnie, last but not least – jest to wszystko ladnie wydane? jest. oskarzalem pearljamowe „live on two legs” ze to oszukancza sklejka. na repertuar „koncertowego” tez zlozyly sie fragmenty wielu koncertow. ale lesiu kaminski tak to Genialnie poskladal do kupy, ze slucha sie plyty jak jednego koncertu. nie brzmiacego na poziomie swiatowym, ale to polska, nie elegancja francja. dodac do tego wszystkiego fakt, ze to dwie plyty i naprawde wypada uznac, ze kapela sie postarala. a jakby tego wypasu nie bylo nam dosc, to w czesci multimedialnej dostajemy 3 klipy do trackow z „[Sic!]”. „leniwy” „Cisza ja i czas” z kamienna twarza Kasi (bez skojarzen!) i kopiaca pileczke reszta zespolu. utwor tytulowy albumu, gdzie lansuje sie Paula z MTV (czy jak ona tam sie zwala, zreszta i tak chyba juz zdezertowala z tv), ale szol kradnie slicznie wygladajaca w dreadach nosowska. i na koniec „Cudzoziemka w raju kobiet”, czyli uroki zycia w trasie i znow-niestety-lysa-jak-kolano Nosowska. no i juz na samiusienki koniec, wspomniany drugi cover – „Klus Mitroh” Klausa Mitffocha, czyli pierwszego zespolu Lecha Janerki. bardzo hey-style, kojarzace sie ciut z „Mimo wszystko”. przeurocze.

a jesli chodzi o ocene koncowa – w zadnym wypadku trudno mowic o historycznym wydawnictwie. ale z wymienionych wczesniej wzgledow nie widze powodu, by dac nizsza note. zreszta nie przywiazujcie do tych ocen wagi, bo sobie uswiadomilem, ze ocenianie muzyki za pomoca cyferek nie jest moja najsilniejsza strona.

 

najlepszy moment: ZOBACZYSZ

ocena: 8/10

Leave a Reply