Jonathan Elias – The Prayer Cycle
rok wydania: 2001 (reedycja: 2008)
wydawca: Sony BMG
wow!
boje sie troche uzyc okreslenia „rewolucja” w kontekscie tej plyty. bo nie znam sie na, hm, muzyce choralnej. nie wiem wiec, ilu kompozytorow paralo sie mieszaniem muzy sakralnej z popem. no tak, Rubik. ale mowimy o czyms, co ma znamiona sztuki. tak wiec zwyczajnie sie nie orientuje. ale jesli chodzi o moj mikroswiat muzyczny, to pierwszy odsluch tego albumu byl szokiem.
w czym rzecz? otoz raczej drugoligowy kompozytor filmowy i slabo znany producent (m.in. Yes, Duran Duran) postanowil stworzyc dzielo zycia. chyba nie ma przesady w tym stwierdzeniu. wszak pare lat zajelo mu napisanie calosci, nie mowiac juz o dograniu wokali. no wlasnie. bo gdyby rzecz ograniczala sie do samej muzyki, mielibysmy plyte, jakich byc moze wychodzi corocznie na peczki z wytworni parajacych sie muzyka tego typu. nie aby o wartosci tej plyty stanowily same wokale – Elias odwalil w tych 9 piesniach kawal pieknej roboty. nie mozna tez pominac zaslug wszechobecnej na plycie The English Chamber Orchestra & Chorus, ktorych roli zdecydowanie nie mozna ograniczyc do robienia tla dla wokalnych gwiazd. ale, jako zem totalnie nieobyty w tego typu nucie, nietaktem wrecz byloby moje wynoszenie na piedestal Eliasa. muzyka niby powinna bronic sie sama w sobie, ale no tutaj jest zbyt razacy brak kontekstu.
sedno wiec w tym, iz Elias postanowil zaprosic do wykonania partii wokalnych gwiazdy rocka i world music. nawet jesli sama lista nazwiska nazwisk kogos nie zelektryzuje, to juz zestawienie tych osobliwosci w poszczegolncych trackach musi wywolac zainteresowanie. Alanis Morisette. Nusrat Fateh Ali Khan. Perry Farrel. Ofra Haza. Richard Bona. Linda Ronstadt. a to tylko polowa. slabo?
jakby wrazen bylo malo, Elias postanowil z calosci zrobic koncept album. dziewiec „rozdzialow”, o tytulach takich jak: „Mercy”, „Faith”, „Grace”, „Hope”, „Innocence”… no, czyli uduchowiona sprawa. ale przeciez muzyka jest ponoc najlepszym dowodem na istnienie Boga. byc moze taka mysl przyswiecala tworcom. bo wszystkie te utwory brzmia wlasnie jak rozmowy z Bogiem. a mnogosc uzytych tu jezykow, by wymienic hebrajski, suahili czy lacine jako pierwsze z brzegu, tylko to wrazenie poteguje. kazdy wykonawca spiewa tu dla swego Najwyzszego, z taka pasja, ze sami mamy wrazenie czynnego uczestnictwa w tych rozmowach.
jak juz wczesniej zostalo powiedziane, zrozumienie, czy raczej uwielbienie Muzyki, nie potrzebuje dodatkowych kontekstow, nie zwiazanych z nia bezprosrednio. na pewno nie ta z „The Prayer Cycle”. ale mimo to czasem dostarcza dodatkowych wrazen. bo jesli slyszy sie troche niedostrzeganego w Polsce folkrockowca Jamesa Taylora, ktorego wypelniony dragami, smiercia najblizszych i depresja zyciorys moglby spokojnie bez zabiegow podkoloryzujacych robic za scenariusz filmowy, prosi zmeczonym glosem Boga o laske, to trudno by cos w gardle nie scisnelo. podobnie w przypadku zmarlych juz w czasie wydania albumu duetu Nusrat Fateh Ali Khan i Ofra Haza, sekundujacych sobie nawzajem w numerze o tytule „Przebaczenie”.
nie no, ale serio. moze ja jakis zacofany w rozwoju jestem. ale ja, centralnie, ciesze sie jak dziecko, slyszac takie piosenki jak „Strength”. gdzie mozna uslyszec afrykanczyka Richarda Bone, slawiaca Tybet na caly swiat Yungchen Lhamo i symbol alternatywnego rocka Perry Farrela, zjednoczonych w jednym celu. bo takie dzwieki udowadniaja najlepiej, ze Muzyka (uwaga, banal) nie zna absolutnie zadnych granic. geograficznych, religijnych, stylistycznych.
jako czlowiek brzydzacy sie (choc to czasem trudne, hehehe) snobizmem, nie chce wciskac kitu, ze „The Prayer Cycle” to juz moja plyta zycia i pierwszy krok ku eksplorowaniu muzyki klasycznej itepe. nie bede za czesto wracal do tej plyty chocby dlatego, ze wymaga ona niesamowitego skupienia i tez jednak odpowiedniego nastroju. ale na pewno gdybym na nia nie trafil, to moj swiat, nie tylko muzyczny, bylby ubozszy. i czekam na zapowiadany od dawna „sequel” TPC. na jednej plycie m.in. Sting, Salif Keita i Jonathan Davis z Korna. slabo?
najlepszy moment: INNOCENCE (feat. Alanis Morissette & Salif Keita)
ocena: 8/10