Erykah Badu – Baduizm Live
wydawca: Kedar
jak na kraj, ktorego ponoc tez dotyczy kryzys ekonomiczny, to zaskakujaco duzo w tym roku koncertow sie u nas odbedzie. ba, rzeklbym, ze chya nigdy w historii Polski tylu zagranicznych gwiazd nie ugoscimy. akurat jak pieniedzy nie ma, a i ochota przeszla po paru latach bezustannego chodzenia na koncerty… i choc joss stone, u2, meshuggah, radiohead czy peaches kusily by jednak ruszyc dupe z domu, to dopiero wczoraj pojawil sie koncert, na ktorym obecnosc stawiam sobie za punkt honoru. FAITH NO MORE, „KURRRWAAAAA!!!”. i to w gdyni, na kochanym jednak Open’erze. moglby byc osobny koncert, no ale przynajmniej to nie hunterfest, gdzie trzebaby sie meczyc obecnoscia metalowych oszolomow.
i choc nie ma co plakac nad rozlanym mlekiem, to przyznam, ze nieobecnoscia rok temu na open’erze zjebalem sprawe. a konkretnie nieobecnoscia na jednym wystepie. Erykah Badu. i choc zapewne troszke sie pozmienialo w prezencji scenicznej w ciagu 10 lat od wydania „Baduizm Live”, to jednak ten album kojarzy mi sie z mega wyrzutem sumienia. bo jestem pewien, ze wystepy tej Pani to wciaz Magia.
oprawa graficzna, a takze dialogi z publika to jeden wielki komunikat: „Jestem w ciazy”. a drugi, mniejszy komunikat, jakby ktos moze sie dopytywal: „…i bardzo mi z tym dobrze”. zwiazek z tatusiem dziecka, Andre z Outkastu, nie potrwal dlugo, ale w okresie rejestracji wystepu bylo wszystko cacy. no ale czy ten fakt przeklada sie na sama Muzyke? nie za bardzo. nie slychac popijania mlekiem ogorkow kiszonych, a emocje wyraznie slyszalne w glosie Eryki uznaje za cos wrecz oczywistego, co bylo tez slychac na debiucie. podobnie jak cos, co w periodykach rockmetalowych zwyklo sie nazywac „radoscia grania”. jesli jednak rzeczywiscie na zajebistosc koncertu z tej plyty mial wplyw odmienny stan Badu, to zycze jej tylu dzieciaczkow, ile mial bob marley, litza i lech walesa lacznie.
choc tytul sugeruje live wersje debiutu Eryki, to tak sie nie stalo. mogla sobie pozwolic na taki ruch, bo „Baduizm” niemal w dniu wydania zostal obwolany klasykiem, ale stalo sie inaczej. zaczyna sie tak jak na plycie „Rimshotem”, potem juz jest jednak kombinowanie. tak jesli chodzi o repertuar, co samo wykonanie songow. w tej drugiej kwestii wyrozniaja sie „On&On” z przekozacka rap-wstawka samej Eryki i rozciagniete do 12 minut, zamykajace calosc „Next Lifetime”. z „Baduizmu” otrzymujemy jeszcze „Other side of the game”, „appletree” i „certainly”. i tyle. reszta to nowosci. kolysankowy, dedykowany przyszlemu potomkowi „Ye Yo”,”dedykowany” niefajnemu partnerowi calkiem niezly „Tyrone”(na plycie rowniez w wersji studyjnej) i cudzesy. oczywiscie soul/arenbi klasykow (choc calosc rozpoczyna cytat z Milesa Davisa), z czego najwieksze wrazenie robi „Stay” by Chaka Khan. genialna kompozycja, genialne wykonanie.
tak, rzeczywiscie zjebalem z tym Open’erem 2008. ale moze jeszcze bedzie okazja sie zrehabilitowac. skoro Placebo moglo dwa razy wystapic w Gdyni…
najlepszy moment: STAY
ocena: 8/10

