Spooks – S.I.O.S.O.S. Volume One
rok wydania: 2000
wydawca: Antra
elo. dzis znow pomowimy o zespole, ktorego nikt nie zna. Bosh, rozpiera mnie ekscytacja – byc moze ktos sie zainteresuje i chocby sciagnie z torrenta Spooksow. i to dzieki mnie! no dobra, ale powaznie – naprawde ta plyta warta jest odkrycia, bo przeszla na rynku niezauwazona.
w czym rzecz? otoz Spooks to nieistniejacy juz hiphopowy sklad z USA, ktoremu zycia starczylo tylko na dwa wydawnictwa. w okolicach wydania tego drugiego jeden z zalogantow zmienil stan zamieszkania na bardziej niebianski, a reszta postanowila w ramach solidarnosci z nieszczesliwcem rozwiazac zespol. i w ten sposob sluch zaginal o prawdziwym brylancie tego skladu… na imie mu Ming Xia, byl jedynym zenskim elementem skladu i przede wszystkim ma, jak na moj gust, prawdopodobnie najfajniejszy kobiecy glos w hiphopie. zero rapowania, tylko absolutnie cudny, w glownej mierze jazzujacy glos. w zestawieniu z muzyka spooksow moze bardziej nawet tracacy triphopem. porownania do Sade bardziej dotyczy wytwarzanego przez ten wokal klimatu (i to raczej w tych spokojniejszych fragmentach, jak „Sweet Revenge” chociazby), bo jesli chodzi o sama barwe to naprawde nikt mi nie przychodzi na mysl. wiec bede forsowal zdanie, ze mowimy o Unikacie.
z fenomenalnymi wokalami idzie w parze zajebistosc podkladow. czyli drugi powod dla ktoregowarto przynajmniej zwrocic uwage na Spooksow. „Things I’ve Seen”, przede wszystkim „Things I’ve Seen”. numer od ktorego zaczela sie mini kariera Spooksow i moja przygoda z tym zespolem. nieoceniony Red i jego kultowy Mtv Squad, a tam klip do tego kawalka. to byla milosc od pierwszego wejrzenia. trwajaca do dzisiaj – jesliby sie okazalo, ze naukowcy w jakims utworze hiphopowym wykryli nieskonczone podklady metafizyki, to obstawialbym wlasnie „Thing I’ve Seen”. aha, sluchac wieczorami, ewentualnie w innych czillujacych sytuacjach.
okej, ale choc to ewidentnie najwybitniejszy fragment albumu, to nie jedyny warty wyroznienia. od groma tu kombinowania dzwiekami. hiszpania w gitarowej sciezce i tekscie („Swindley’s Maracas”), regalowy powiew optymizmu w „Something Fresh”, pojebanstwo rytmiczne w duecie z orientalizmami (progresywny hip hop?) w „Safe House”, agresywnie dynamiczny „Deep Cutz”, a dla odmiany „Flesh Not Bone” z refrenem jak z modern popu pokroju nelly furtado czy gwen stefani. nie zawsze przeklada sie to na chwytliwosc, ale nudzic naprawde sie nie da. sporo tu grania live, ale jeszcze wiecej syntetykow. a mimo to smialo mozna okreslic nute Spooksow jako 100 procent hiphopu w ich hiphopie, wrecz reminiscjencje „zlotego wieku hiphopu”. chociaz z drugiej strony – przy lecacym na leb, na szyje poziomie dzisiejszego mainstreamowego rapu nawet rzeczy z 2000 mozna podpiac pod taka kategorie, heh.
no ale nie wspomnielismy o chyba najwazniejszym elemencie plyt rapowych, czyli samym rapie. no wlasnie, hm…. skity i spora czesc tekstow dotyczy walki Spooksow z menadzerami i innymi szujami z rynku fonograficznego. o wizerunek, o to by byc TRU, tez o to, by nie ograniczali Spooks do postaci pani wokalistki. lub, co gorsza, nie kusili jej solowa kariera. oczywiscie takich praktyk nie popieram, ale trudno nie przyznac panom szujom racji. bo coz, ilosc panow mc nie przeklada sie ewidentnie na ich jakosc. wu-tangiem to ewidentnie nie sa. flow w wiekszosci przypadkow identyczne, podobniez barwy glosu. ale moznaby na to jeszcze przymknac jakos oko – przeciez liczy sie to, ze chlopaki ciesza sie z robienia hiphopu, a my razem z nimi. ale to rzadsze momenty. wiekszosc czasu panowie sa strasznie spieci tym by udowodnic, ze ich shit is real. szkoda.
okej, ale minusy nie beda nam przyslaniac plusow – koniecznie sprawdzajcie ten krazek, bo to potezny rarytas. tym bardziej, ze jak na razie nie ma innej okazji, by posluchac TYCH wokali.
najlepszy moment: THINGS I’VE SEEN
ocena: 7,5/10