Bush – Sixteen Stone
rok wydania: 1994
wydawca: Trauma
zostajemy w temacie postgrunge.
’94 to byl ciekawy rok. w stanach wraz z samobojem Cobaina obwieszczaja smierc muzyki grunge, a tymczasem w Europie flanelowe koszule budza sie do zycia. w Polsce mamy apogeum popularnosci Heya, a w Wielkiej Brytanii debiutancki album wydaje Bush. ciekawy przypadek ten zespol, przynajmniej jesli chodzi o kwestie okolomuzyczne. pomijajac lata 60te i 70te, zazwyczaj gwiazdom brytolskiej muzyki srednio szlo podbijanie stanow zjednoczonych. o ile niby aktualnie jest ciut lepiej – vide radiohead czy coldplay – tak jesli chodzi o symbol brytyjskiej muzyki lat 90tych zwany potocznie britpopem, to ameryka pozostala niewzruszona. bo miala swoj grunge. tam mogl sie spodobac tylko taki zespol jak Bush – przesiakniety brzmieniem Seattle do granic przyzwoitosci. i o ile w kraju rzadzonym do niedawna przez pana o bardzo podobnym nazwisku co nazwa grupy mogli oni liczyc z kazda kolejna plyta na conajmniej platyne, tak w UK sprzedawali jedna setna nakladow Oasis czy Blur. i choc wiadomo, ze brytole maja wrecz z zalozenia lepszy gust muzyczny od amerykanow, tak z Bushem nie do konca sprawiedliwie sie obeszli.
bo okej, niby nie ma w tej muzyce absolutnie nic odkrywczego. niby lider – gavin rossdale – sprawia wrazenie tak wizualnie jak i wokalnie, jakby polknal i cobaina i veddera. dla niektorych moze nawet cos takiego jak postgrunge to jedna wielka profanacja, a Bush jednym z najlepszych tego przykladow. ale no naprawde, nikt mi nie powie ze dzisiejsze „indi”, ktorym okresla sie co drugi zespol z list przebojow rzekomo zainspirowany The Smiths czy Joy Division, to mniejsza profanacja niz postgrunge. nikt mi nie powie, ze The Killers czy Kings Of Leon, z naprawde cala sympatia dla ich skadinad fajnych singli, jest *lepszym* czy tez *ambitniejszym* zespolem niz Bush. naturalna kolej rzeczy – po pionierach gatunku oczekuje sie przelomowych wydawnictw i Sztuki przez duze S, a po epigonach czy, delikatniej rzecz ujmujac, nastepcach – fajnych piosenek. bez aranzacycjnej wiochy i pseudoambitnego kombinowania. i ten wymog debiut Busha spelnia. bzdurne silenie sie na wyrafinowanie godne jakiegos nieszczesnego Creeda mialo przyjsc dopiero pozniej. tutaj jakies zapedy do bycia Czyms Wiecej pojawiaja sie na szczescie rzadko . wiekszosc to po prostu Fajne Numery, ktore mialy szczescie trafic na single. „Everuthing Zen”, „Little Things” (moj hit w okresie poznej podstawowki), „Machinehead”… to z tych dynamiczniejszych rzeczy. a jeszcze sadwa cudne, spokojniejsze tracki (zeby nie powiedziec „ballady”) – „Comedown” i „Glycerine” (na plycie takze w alternatywnej, bardziej akustycznej wersji). co z tego, ze panny w glanach sikaja przy tych nutach. to naprawde – still – Fajne Numery. na swoj, heh, postgrandzowy sposob przejmujace. no i przy okazji najlepiej uwidaczniajace te elementy, ktore w jakims tam stopniu wyrozniaja brzmienie Busha. czyli, mimo wszystko, niezly wokal pana Gavina z przesympatyczna barwa i akuratne, nie popadajace w banal wykorzystanie sekcji smyczkowej (pan gittarzysta to skrzypek z zawodu).
wiec jeszcze raz – jesli damy sie przekonac do opcji, ze od niektorych zespolow powinno sie oczekiwac tylko wpadajacych w ucho, gitarowych numerow, korzystajacych z brzmienia Talking Heads badz Nirvany, to w takim kontekscie debiut Bush moze dostarczyc sporo przyjemnosci. szkoda ze wymarzylo im sie pozniej bycie ambitnym zespolem. ale na reaktywowanego Busha (oni tez maja plany, a jakze!) to moglbym nawet sie przejsc. gdybym cierpial na nadmiar pieniedzy.
najlepszy moment: LITTLE THINGS
ocena: 7/10