Acid Drinkers – Amazing Atomic Activity
wydawca: Metal Mind
okej, zmieniamy zupelnie klimat. zapraszamy znow fanow metalu.
metal, ah metal… jakos nie potrafie go sluchac z takim entuzjazmem co kiedys. choc na pewno nigdy nie powiem, ze metalu nie ma. kazdy gatunek JEST. problem w tym, ze w metalu, jak chyba w zadnym innym gatunku, latwo o karykaturalna postawe. bo metale to prawdopodobnie najbardziej spieta nacja na swiecie. zreszta, co ja tu bede sie rozwodzil – kazdy chyba zdazyl zauwazyc, ze fani metalu to najbardziej zamknieci na inne dzwieki ludzie. bo Metal Is The Law, bo reszta to komercja, tworzona nie na zywych instrumentach, no i nie ma CZADU. a, no i musi byc mrok. i to ostatnie to niestety najpowazniejszy mankament, przez ktorego nietrawienie chyba nie wejde do metalowego nieba…. eeee, piekla?
ten przydlugawy wstep jest po to, by pokazac, ze w powyzszym kontekscie Acid Drinkers to ewenement jak dla mnie. niby maja w liceach wiecej fanow niz happysad. niby bije od nich metalowoscia. niby, co najwazniejsze, srednia wazona z wartosci wszystkich ich plyt nie klasyfikuje ich jako Zespol Istotny w skali swiatowej. a jednak trudno ich nie lubic. no bo kurde, POSTAC TITUSA, helou. widzial ktos jego wystep u Wojewodzkiego? klasyk. ten wyglad, ten akcent, ta gadka. postac bezbledna. a przeciez reszta muzykow (z tych grajacych w AD do dzisiaj) – Slimak i Popcorn – tez sprawiaja przesympatyczne wrazenie. no i przeciez, choc na ostatnich plytach tego mniej, to wciaz ten humor czy po prostu luz w muzyce jest slyszalny.
poza tym chyba u malo ktorego zespolu mozna dostrzec taka prawidlowosc, jak w przypadku dyskografii acidow. naprzemiennie – raz oldskul maxymalny, raz metalowe granie zgodne z obowiazujacymi trendami. mozna powiedziec inaczej – raz granie pod titusa, rozkochanego w motorheadzie i wszystkim sprzed conajmniej paru dekad, kolejnym razem progresywne zapedy litzy. co by sie nawet zgadzalo, zwazywszy na to, ze po odejsciu Roberta troche te sinusoide szlag trafil.
na razie jednak mamy rok ’99. po wydaniu obwolanego juz wtedy klasykiem i najambitniejsza produkcja kwasozlopow „high proof cosmic milk” wszyscy z niepokojem spogladaja w przyszlosc poznaniakow po tym, jak Litza postanowil poswiecic sie Graniu Dla Pana. a tymczasem titus i spolka, jak gdyby nigdy nic, wydaja w tym samym roku „AAA”. „zgodnie z planem” regresywna do bolu. chyba tylko wleczacy sie „what a day” brzmi tak, ze moglby sie pod nim podpisac Friedrich. reszta to jeden wielki powrot do przeszlosci, z nielicznymi nowoczesnymi „smaczkami”. przede wszystkim acidowej, stojacej pod znakiem mixtury punkowego wykopu, traszmetalowego wygrzewu i titusowego belkotu (to ostatnie to bynajmniej nie wrzuta!). czasem przewazaja bardziej metalowe dzwieki („you better shoot me” to niemal slayer z poczatku), czesciej rzadzi cos, co z braku lepszego okreslenia nazwijmy rokendrolem (w „Home Submarine” to niemal jakis funk jest slyszalny). generalnie wszystkie te grupy, jakie kojarza wam sie z terminem „rockowe dinozaury” sa tu slyszalne.
i nawet jesli nie ma tu nic, co moznaby skojarzyc z pojeciem Sztuka (no chyba, ze Metalowa Sztuka, ale nie mam pojecia na czym ona polega), nawet jesli melodie sa tu nieporownywalnie bardziej zapamietywalne niz aranzacje czy partie instrumentalne, to nie ma watpliwosci, ze graja to zawodowcy. ze graja tak, bo chca, a nie dlatego bo nie potrafia inaczej. zreszta, oni pokazali juz pare razy wczesniej, ze potrafia. pozniej zreszta tez to udowodnia.
no wlasnie – nie jest to zla plyta (chociaz cover rollingstonesowego „Satisfaction” wypadl dosyc slabo – chyba to byl czas najwyzszy, by dac sobie spokoj z regula „jedna przerobka na album”). moze w swej kategorii najlepsza jaka AD popelnili. ale to nie jest to oblicze, za ktore cenie ten band. inna sprawa, ze Perla to zbyt wymiatajacy i kumaty gitarzysta, by meczyl sie w takich archaicznym graniu. dopiero „Broken Head” pokazuje na co stac tego typa.
najlepszy moment: MY PICK
ocena: 6,5/10
