rageman.pl
Muzyka

The Family Values Tour 1999

rok wydania: 2000

wydawca: Flawless

 

okej, pojedzmy dalej z tematem.

rok pozniej nastapilo wielkie przemeblowanie numetalowej sceny. uczen przerosl mistrza (oczywiscie tylko w komercyjnym wzgledzie), Limp Bizkit odebral Kornowi korone krola nowego metalu. a ze davis z durstem jeszcze wtedy byli kumplami, to ten pierwszy dorzucil do korony tytul gospodarza kolejnej edycji Family Values.

tutaj juz kolejnosc utworow i zespolow jest znana tylko producentowi albumu. ale zaczyna oczywiscie limp bizkit. „break stuff”, czyli utwor o tym, jak to wstaje sie rano i ma ochote komus przyjebac. tak, juz na tej wysokosci LP byl symbolem testosteronowego rocka dla wannabe gangsterow z dobrych bialych domow. juz wtedy durst meczyl niemilosiernie swoim ryjem co drugi kanal telewizyjny. z drugiej strony… jest cos perwersyjnie fajnego w tych numerach z „significant other”, ktore na tej trasie promowali (poza break stuff jeszcze nibyballadowy „rearranged” i „nookie”). moze to ten wes borland, jego osobowosc i zwyczajnie dobra gra gitarowa? moze to ta w sumie calkiem niezla sekcja rytmiczna? moze gdyby zakonczyli kariere na tym albumie i nie osiagneli jednoczesnych szczytow komercyjnych i zenadnosci utworami typu „rollin” i w ogole pozniejszymi plytami to bysmy ich zapamietali jako nie-taki-zly zespol? a moze to jednak ten chyba niemozliwy do przezwyciezenia sentyment? a jak biora na warsztat „I would for you” jane’s addiction z ich pierwszej plyty to juz w ogole krusza mi serce.

wiem tez jedno. ktos, kto kumpluje sie z Lesem Claypoolem nie moze byc zlym czlowiekiem. i wlasnie Primus wygrywa te edycje FV. tylko dwa utwory, no aaaaaaaaaale… „Laquer Head” (produkowany zreszta przez dursta) nie bierze jencow. potega. calkiem niezle sprawuje sie „My Name Is Mud”. a w ogole to PRIMUS SUCKS.

dwoma utworami dysponuje tez Filter. nieslusznie slabo znany, nieslusznie porownywany wciaz do Nine Inch Nails (lider Richard Patrick terminowal swego czasu w zespole Reznora). okej, nie jest to jakis wielki zespol. ale o wiele przyjemniej mi sie ich slucha niz pretensjonalnego do bolu Trenta R. a juz taki „Hey Man Nice Shot” (tu takze obecny) przebija jak dla mnie wszystko co wyszlo spod piora i klawiszy Dziewieciocalowych. sorry, Sulim.

ci numetalowcy do w ogole zgrana paczka kiedys byla. korn podal reke limpom, ci drudzy tez postanowili sie przysluzyc pseudoalternatywnemu swiatku i wypromowali Stainda. tu tez obecnego. troszke mi uszy wiedna jak slucham ich w za duzej dawce, wiec jeden utwor w zupelnosci wystarczy. zwlaszcza ze „Mudshovel” tym sie wyroznia w ich dyskografii, ze ma tempo szybsze niz ich tradycyjne, kurewsko przymulajace sie kawalki. a wlasnie, jesli chodzi o przymulanie – najwiekszy „hit” tez tu jest. „Outside”. obiektywnie przyznam, ze w tej aranzacji na sama gitare jakos to sie od biedy broni. moze po paru browarach stwierdzilbym, ze to ladny numer. kto wie, dzis sobota, moze wezme te plyte z soba. chociaz troche glupio w towarzystwie forsowac takie rzeczy.

a, sami pomyslodawcy FV tez sie pojawiaja. w „Falling Away From Me” i mixie przebojaskow z „Life Is Peachy” – „A.D.I.D.A.S./ Good God”. jest okej.

i tylko szkoda, ze chociaz hiphopu bylo na tej edycji festu znacznie wiecej niz w roku ubieglym  – m.in. Method Man & Redman, Run Dmc, Ja Rule, Dmx, Mobb Deep – to na plycie slychac tylko tych pierwszych i to przez niewiele ponad dwie minuty („Da Rockwilder”). nie podoba mnie sie to. nawet obecnosc elektroniki w postaci Crystal Method („Keep Hope Alive”) nie rekompensuje mi tej straty.

tak slucham tej plyty i sobie mysle, ze moze jednak nu metal to taki sam gatunek jak kazdy, a polaczenie za szerokich ciuchow z tatuazami nie musi byc gorsze od trampeczek, arafatek i lastfmowego lansu. ot, kwestia zbyt duzej popularnosci gatunku i zwiazanej z tym koniecznosci oddzielenia ziarna od plew. a jak sie dzis schleje to zalicze limp bizkit do kategorii ziaren. Boze uchowaj.

 

najlepszy moment: PRIMUS – LACQUER HEAD

ocena: 7/10

Leave a Reply