rageman.pl
Muzyka

Limp Bizkit – Three Dollar Bill, Yall$

rok wydania: 1997

wydawca: Flip

 

jo, gitary kontynuujemy, ale w lajtowej formie tym razem.

moja opinie generalna o Limp Bizkit wydalem juz przy okazji recki „Significant Other”, wiec powtarzac sie nie bedziemy. przechodzimy do meritum.

zanim bylo mizdrzenie sie w mtv i hiciory typu „rollin”, zanim „Significant Other” odniosl totalny sukces komercyjny, dwa lata wczesniej panowie z jacksonville wydali debiut, dzis omawiany. debiut, ktory naprawde nie zapowiadal pozniejszej tragedii. a niech mnie – debiut zaskakujacy.

bo okej, moze songriting tutaj lezy. nie brzmi to specjalnie soczyscie (coz, ross robinson to zaden krol midas), slychac ze chodzi przede wszystkim o robienie halasu. i obiektywnie rzecz ujmujac – sredni to album. ale w kontekscie pozniejszych poczynan tego zespolu – brzmi maxymalnie orzezwiajaco. a niech mnie znow – autentycznie wrecz. zadnego silenia sie na przebojenie, czysty garaz… no, okej, garaz to moze nie. ale nagrywanie na setke w studiu – byc moze. no i czad, czad, czad. pierwsze numery to przeokrutny wyziew, bez przesadyzmu. durst nigdy pozniej nie darl tak ryja. owszem, pojawiaja sie juz te jego rapowanki, ale proporcje zdecydowanie przemawiaja na korzysc metalowego wydarcia. i moze  te riffy toporne w **uj (spokojnie, jeszcze borland zdazy blysnac), struktury piosenek maxymalnie schematyczne, no ale… patrz pare zdan wczesniej.

kombinowanie zaczyna sie na wysokosci „Clunk”, moze nawet „Stalemate”. bulgoczacy bass, wyrazne rapowanki dursta (wczesniej to nawija z predkoscia karabinu maszynowego, ale rzadko zdarza mu sie trafic nawet w tarcze), charakterystyczne limpbiszkoptowe „psychodelki” w refrenie. potem „Faith” z repertuaru george michael’a. numer, ktory pomogl sie przebic do mainstreamu. nie wiem czy to najlepszy tu numer. na pewno jednak mozna stwierdzic ze a) to najbardziej przebojowy moment tutaj b) naprawde potraktowali ten numer oryginalnie. a poza tym ile to sie razy przetanczylo ten numer w kwadratowej czy orbitalu… „stink finger” zwraca uwage fajnym fruscianto-gilmourowym motywem na gitarze,brzmiacym niczym sampel (i juz wiemy, skad wzial sie pomysl na „butterfly” crazy town). „indigo flow” to najblizszy tradycyjnej rap-nucie track, z tekstem-propsami dla znajomych kapel. swoja droga, fajne to byly czasy – jedna scena, jak ktos chcial poznac podobne kapele to siegal po booklet z podziekowaniami czlonkow kapeli… tu padaja nazwy korna, deftones, fear factory, helmet… i bloodhound gang. „leech” otrzymujemy w wersji demo i tutaj juz naprawde traci garazem. stawke zamyka 16minutowy (!) jam „everything”… brzmiacy tak, ze juz wiadomo, kim sie inspirowal Isis, hahahaha.

puenty dzis nie bedzie, ide na wixe.

 

najlepszy moment: FAITH

ocena: 7/10

Leave a Reply