rageman.pl
Muzyka

Limp Bizkit – Chocolate Starfish And The Hot Dog Flavored Water

rok wydania: 2000

wydawca: Flip

 

zapraszamy znow wszystich niumetali do czytania.

na trzecim studyjnym LP spotykamy diametralnie inny zespol niz ten z debiutu. a i od czasu „significant other” mocno zmieniony, choc dzieli te albumy rok roznicy. najpopularniejszy zespol najpopularniejszego gatunku gitarowego przelomu wiekow mial juz w dupie niegdysiejszych ziomkow pokroju deftones czy fear factory. w 2000 roku trzymal sie z Najwiekszymi. wiec na skitach slyszymy np bena stillera czy marka wahlberga. a jesli juz pojawiaja sie odniesienia do innych rockowych zalog, to w formie dissu – vide „Full Nelson” (choc prztyczek w strone Creeda az taki oczywistym nie jest) czy „Hot Dog”, gdzie cytaty z NINowych „Closer” czy „Perfect Drug” nie pozostawiaja watpliwosci co do adresata.

no ale pal licho z kim sie zadaje durst, toc to jego prywatna sprawa. nie w tym jest problem tej plyty. same piosenki – o, to juz dobry trop. ale nawet nie chodzi o to, ze piosenki mocno zlajtowialy – w koncu proces ten dokonal sie juz na wysokosci „SO” i tam okazal sie calkiem pozytywny w skutkach. tutaj jednak nie dosc ze jest jednak malo wymagajaca pod wzgledem brzmieniowym, to jeszcze dennie w samej tresci piosenek. rozpatrzmy problem na trzech plaszczyznach.

wiadomo, ze najlepiej z „SO” przyjely sie hymny na czesc agresji pokroju „Break Stuff”. oczywistym wiec bylo, ze tak zlakniony sukcesu zespol pojdzie w tym kierunku. tyle ze jesli w takich „Nookie” czy „Break Stuff” czaily sie bardziej finezyjne motywy instrumentalne (ten pierwszy) badz intrygowaly sama struktura i dynamika (ten drugi), tak w numerach typu wspomniane „Hot Dog”, „Full Nelson”, „My Generation” czy „Livin’ It Up” nie ma nic. beszczelnie oczywiste schematy, melodie wydumane do bolu, wtornosc nad wtornosciami. wczesniej niby balansowali na granicy wioski i bezpretensjonalnego czadu, ale tu juz przegraczaja totalnie granicy, szczegolnie w totalnie zerowym „Rollin”. a najbardziej boli, ze calkiem niezli instrumentalisci graja tak, jakby szli po najmniejszej linii oporu. spoglosowana gitarka Borlanda nie urzeka jak dawniej, a i riffy podkopuja jego reputacje. piosenki stargetowane na amerykanskich bialych retardow w wieku gimnazjalnym – juz nawet hh ziomki, ktore zalapaly sie na „SO” przekonaly sie o miernosci tego produktu.

niewiele lepiej jest w tzw balladach po linii „Re-arranged”. tytul „My Way” moze sie mile kojarzyc, no ale niestety – gdyby Frank jakims cudem uslyszal ten numer, to dostalby kolejnego smiertelnego ataku serca. ciut lepiej prezentuje sie „The One”, choc szalu nie ma. no i „Boiler”… ale o nim ciut pozniej.

rozpatrzmy jeszcze numery stricte hiphopowe, bo i takie oczywiscie musialy sie znalezc. „Rollin”w remixie jest tak samo denny i nie pomagaja nawet goscinne zwrotki redmana, methoda i dmx’a. znacznie lepiej prezentuje sie „Getcha groove on” z mocnym klawiszem w podkladzie i featuringiem xzibita.

jednak pojawia sie nadzieja pod koniec. najpierw wspomniany „Boiler” – wreszcie slychac jakis pomysl w grze instrumentalistow, jakies kombinowanie. no i final z durstowym wydarciem sie. nawet jesli teksty tradycyjnie pukaja w dno od spodu, to tutaj jakos… hmm… no naprawde mozna przejac sie choc minimalnie jego hmmm cierpieniem. a moze inaczej – po prostu rusza ten fragment, zwlaszcza podkrecony przez prace pozostalych muzykow. a jest jeszcze „Hold On”, gdzie za sprawa rozmemlanego podkladu i wokaliz starego znajomego – Scotta Weilanda – serwuja nam niezle Alice In Chains. obok „Take A Look Around” najlepszy fragment calosci. co nie swiadczy o niej najlepiej, skoro „Take…” poznalismy juz znacznie wczesniej.

poziom Crazy Town. czyli przeblyski, pare momentow pretendujacych do miana guilty pleasure i sporo szajsu. nie ma juz co teraz rozkminiac, ale naprawde myslalem te 10 lat temu, ze inaczej im ta kariera przebiegnie.

 

najlepszy moment: HOLD ON (feat. Scott Weiland)

ocena: 6/10

Leave a Reply