Limp Bizkit – New Old Songs
rok wydania: 2001
wydawca: Flip
jedziemy dalej z tematem, jak juz tak nam dobrze idzie.
fabryka zwana limp bizkit wciaz na pelnych obrotach. co roku trza dostarczyc ludozerce nowego towaru, wiec skoro weny nie ma i zespol jest w rozsypce (Wesa Borlanda nie ma juz w kapeli, choc zdazyl popelnic okladke – znow niezla, swoja droga) to wydajemy cos drugiego sortu. best of? koncertowka? b-side’y? tak robi kazda kapela rockowa, a my jestesmy ponad to. wrzucamy na rynek kolekcje remixow.
no ok, w ciezkim rocku tez zdarzyly sie takie wydawnictwa. najlepszy przyklad – fear factory. a w nowej dekadzie chocby linkin park. i blizej „NOS” tym drugim. czyli uwypuklono aspekt hiphopowy nuty limp bizkit.
sa dwie jednak podstawowe roznice miedzy „NOS” a „Reanimation”. po pierwsze – tu mamy do czynienia z naprawde duzymi nazwiskami. co nie dziwi, w koncu LB w momencie wydania albumu zdazyl pobyc troche w showbizie i nawiazac pare znajomosci. kogoz my tu nie mamy: Timbaland, The Neptunes, P. Diddy, Butch Vig, William Orbit, Dj Premier, Dub Pistols, Josh Abraham, tez sam Dj Lethal i Durst sie pobawili z wlasnymi piosenkami. goscinne zwrotki (poza tymi znanymi z oryginalow, jak Method Man w „N2gether Now” czy Xzibit w „Getcha Groove On”) zapodaja Bubba Sparxxx, Everlast, E40 i 8-Ball, a instrumentalne trzy grosze dorzucaja jeszcze Troy Van Leeuwen (QOTSA, APC) i Jay Gordon (Orgy). czyli extraklasa pod wzgledem komercyjnym.
po drugie – coz, srednie generalnie te remixy. w przypadku Linkin Park takie modyfikacje byly bardzo w cenie – schematy kompozycyjne i brzmieniowe szly precz, zostawaly czasem-nie-takie-zle melodie. tutaj nie dosc, ze trademarkowego gitarowego czadu nie ma wcale, to i z melodiami panowie remixerzy poczynaja sobie odwaznie. czytaj – ciezko ich sie doszukac. najlepszy przyklad – „Take A Look Around” w Timbalandowym podejsciu. jego wersja „Re-arranged” to tez cienizna az strach. choc i tak nie to jest najgorsze. nie wiem po kiego grzyba umieszczono tu az 5 remixow „My Way”. tej dennej melodi nie jest w stanie pomoc ani Orbit ani Dub Pistols, a wersja Diddy’ego to juz w ogole zalosc. trudno powiedziec tez, by zapomniany hit „Counterfeit” czy pochodzacy z OSTa do „End Of Days” track „Crushed” w opracowaniu dj lethala i niejakiego Blasko dostaly nowe zycie.
no dobra, to czas na sprawiajace wrazenie lepsze od wyzej wymienionych fragmenty plyty. calkiem niezlym pomyslem na remix „Faith” bylo zaspiewanie refrenu na modle „Fame” Bowiego. przyzwoite sa nowe wersje „Getcha grooove on” i „N2gether now” – choc tu po prostu „podkrecono” i tak w oryginale hiphopowe kawalki. co nie zmienia faktu, ze hitow z tych wersji zrobic by sie nie dalo. najlepsze rzeczy czekaja pod indeksami numer 11 i 13. a to dlatego, ze sa to najbardziej elektroniczne, wrecz taneczne modyfikacje na albumie. Butch Vig z „Nookie” udowadnia po raz kolejny, ze laczenie energii muzyki elektronicznej z rockowa ma w malym palcu. natomiast z „Rollin” zrobiono czysty breakbeat. pewnie koneserzy gatunku rzecz by olali, ale w kontekscie calego albumu – rzecz wyborna.
pomimo wczesniejszej krytyki to zdecydowanie fajniejsza plyta od normalnych studyjnych arcydziel pokroju „Chocolate Starfish…” i „Results May Vary”.
najlepszy moment: ROLLIN’ (DJ MONK-VS-TRACK MACK REMIX)
ocena: 6,5/10